czwartek, 12 maja 2016

Jak przygotować się do wizyty u makijażystki? || Co zrobić przed wielkim wyjściem, aby makijaż wyglądał i utrzymywał się nienagannie




Fot. Dominika Mizera




Rozpoczął się sezon komunijno-weselny, wiele z nas ma więc w planach wizytę u makijażystki. Jak się do niej przygotować? Co zrobić, aby być jak najbardziej zadowolonym z takiego spotkania?

Choć na co dzień maluję głownie modelki - a można by uważać, iż są to kobiety niejako obeznane z tematem pielęgnacji i dobrej prezencji - dość często zdarzają mi się przypadki, co tu kryć, fatalne. Z potrzeby serca i ducha postanowiłam więc stworzyć post, w którym zbiorę wszystkie rady dla kobiet wybierających się do wizażystki - wbrew pozorom nie wszystkie są takie oczywiste. :) Większość rad przyda się także wtedy, kiedy same będziemy chciały wykonać sobie piękny i trwały makijaż na wielkie wyjście. Bez przedłużania, zaczynajmy!




  • Zrób dokładny peeling twarzy dzień lub dwa dni wcześniej
Nawet podkład za piątkę z chińczyka będzie wyglądał o niebo lepiej na dokładnie oczyszczonej twarzy, wierz mi! Pamiętaj jednak, aby dobrze dobrać peeling do typu swojej cery. Jeśli jesteś wyjątkowym wrażliwcem, postaw na peeling enzymatyczny wykonany nawet trzy dni wcześniej - daj skórze czas na regenerację przed przyjęciem kilku warstw nierzadko ciężkich kosmetyków. 


  • Zadbaj o nawilżone usta (!!!)
Ja naprawdę nie wiem, dlaczego kobiety aż tak olewają sprawę zadbanych ust. :< To chyba najczęstszy problem - suche skórki i poobgryzane wargi. Przy peelingu nie omijaj ust, a przynajmniej na dwie noce przed wizytą u makijażystki pamiętaj o naprawdę solidnym nawilżeniu - balsam tisane, krem nivea, miód - nieważne co, byleby skutecznie! Na pół godziny przed nałożeniem szminki już niewiele da się zdziałać, a nie ma nic gorszego, niż klientka z lasem odstających suchych skórek na ustach żądająca krwistej czerwieni. Serio. 


  • Wyreguluj brwi
O ile nie umówisz się z wizażystką inaczej, zadbaj o wyregulowane brwi. Jeśli sama nie umiesz tego robić, wyrwij chociaż te najbardziej odstające od reszty włoski, korektę kształtu da się zrobić makijażem. Niewiele jednak da się poradzić na niewyrwane włoski tuż nad załamaniem powieki. Większość wizażystek bez problemu zrobiłoby to za Ciebie, ale skóra po depilacji musi chociaż chwilkę odpocząć. Przeważnie jednak nie ma na to czasu. Lepiej, żeby makijażystka dłużej zajęła się pięknym zaznaczaniem oka niż usuwaniem zbędnego owłosienia, doprowadzając Cię przy tym do płaczu. ;) 

  • Nawilż cerę 
Nawilżona cera to podstawa udanego makijażu. Nie bój się tego robić nawet przy tłustej cerze, grunt, żebyś znalazła kosmetyk odpowiedni dla siebie. Pamiętaj także o odpowiednim nawodnieniu organizmu. Skóra twarzy - zwłaszcza pod oczami - bardzo szybko zdradza oznaki odwodnienia, co właśnie jest przyczyną naszego nader wyjściowego wyglądu dzień po imprezie. ;) Oczywiście niemniej ważna jest reszta pielęgnacji, zdrowa dieta i aktywny tryb życia, ale to materiał na pięćdziesiąt książek i milion sto dziewięćset postów. 


  • Przyjdź na wizytę bez makijażu
Pomijając sytuację, kiedy przed zaplanowanym spotkaniem z wizażystką siedzisz cały dzień w pracy czy na uczelni, lepiej przyjdź bez makijażu. Zaoszczędzisz wtedy co najmniej 5 minut, które zostanie spożytkowane z pewnością na Twoją korzyść. :) Jeśli już musisz pomalować się tego dnia, zrób to jak najdelikatniej i wybierz kosmetyki niewodoodporne, które bez problemu zmyją się płynem micelarnym.



  • Informuj o ciężkich przypadkach
Zdarza się, że dzień przed ważnym wydarzeniem wyskoczy nam opryszczka, atopowe zmiany czy inne okropieństwo. Możemy - nawet bez ingerencji nader agresywnych osób trzecich - nabawić się lima pod okiem czy złamanego nosa. Koniecznie informuj o takim przypadku makijażystkę - będzie wtedy wiedziała, na co się mniej więcej przygotować. Zapewne udzieli Ci też rad odnośnie tego, co możesz zrobić jeszcze przed wizytą, aby zniwelować ów nieszczęście.



Fot. Dominika Mizera





  • Koniecznie powiedz o swoich alergiach czy specjalnych wymaganiach!
Najlepiej już podczas umawiania wizyty powiedz o wszystkich swoich alergiach skórnych. Makijażystka będzie mogła na spokojnie przejrzeć składy swoich kosmetyków i zadecydować, które będą dla Ciebie najodpowiedniejsze. Koniecznie powiedz też, jeśli np. chcesz mieć wykonany makijaż tylko i wyłącznie kosmetykami mineralnymi czy wegańskimi. Nie każdy ma w kuferku produkty spełniające takie wymagania, więc jeśli nie poinformujesz o tym wcześniej, nie masz prawa wybrzydzać już podczas wykonywania makijażu. ;) 

Nie miej za to oporów przed informowaniem na bieżąco, gdy coś jest nie tak. Masz wyjątkowo wrażliwą linię wodną, a ktoś koniecznie chce ją malować czarnym, zastygającym linerem? Powiedz o tym jeszcze zanim zdążysz się rozpłakać na całego. Nie wstydź się mówić o swoich uprzedzeniach i obawach - jeśli nie do końca jesteś pewna, czy chcesz mieć czerwoną szminkę, informuj o tym od razu zamiast potem zmywać ją pięć minut po wyjściu. 



  • Nie oczekuj cudów
Chyba najważniejszy punkt. :D Przykro mi, ale nikt nie posiada w pędzlach mocy photoshopa. Nie licz więc na to, że makijażystka zmieni Ci kształt twarzy z trójkątnej na piękny owal, powiększy usta o trzy milimetry i narysuje przepiękną, wyciągniętą kreskę na opadającej powiece bez uzyskania przerysowanego efektu. Jeśli chcesz znaleźć w internecie inspirację do swojego makijażu okolicznościowego, zwróć uwagę na urodę modelki ze zdjęcia. Czy choć trochę jest do Ciebie podobna? Czy jej twarz ma podobne rysy do Twoich? Przychodząc z przykładowym zdjęciem Angeliny Jolie, podczas gdy sama masz totalnie przeciwstawną urodę, ciężko będzie Cię zadowolić. ;)



Mam nadzieję, że mój wpis uchroni choć jedną osobę od nieszczęśliwej w skutkach wizyty! :) Wraz z Dominiką napisałyśmy też drugą część na temat tego, jak przygotować się do sesji zdjęciowej. Pojawi się już wkrótce, a my wreszcie będziemy mogły spać spokojnie ze świadomością, że zrobiłyśmy co w naszej mocy, aby uchronić się przed kiepskimi przypadkami. :D

Ściskam!




wtorek, 3 maja 2016

Dlaczego tak rzadko piszę? Czyli o tym, co robię i czym się zajmuję.


Fot: Dominika Mizera



Za niedługo minie już rok odkąd nie jestem w stanie wyrobić swojej  miesięcznej blogowej normy. Dawniej choćby się waliło i paliło, 2-3 posty tygodniowo być musiały. Od czerwca minionego roku było już tylko gorzej. Nawet nie wiecie, ile razy postanawiałam sobie, że znów zacznę regularnie pisać. Powodów, dla których mi się to nie udawało było wiele, ale wszystko koniec końców sprowadzało się do jednego: za mało czasu + brak możliwości robienia zdjęć.

Nie chcę znów obiecywać, że zacznę pisać więcej. W sumie już oduczyłam się pisania dla Was. Za każdym razem, gdy siadam z zamiarem stworzenia posta, przychodzi mi to coraz trudniej. Każde kolejne zdanie klei się do poprzedniego jeszcze mniej, całość wydaje mi się chaotyczna i bez sensu. Kwestia wyjścia z wprawy czy zmęczenia materiału? Mam nadzieję, że jednak to pierwsze - bo ja naprawdę bardzo bym chciała znów pisać tak często, jak dawniej!



Backstage z Natalią, fot: Dawid Tomera 

Dzisiaj pokażę Wam jedną z rzeczy, która pochłonęła mnie na tyle, że trudno mi już znaleźć czas na rozwój tego miejsca. Od kilku miesięcy zajmuję się wizażem. Ukończyłam kurs w szkole wizażu w Krakowie, od lutego biorę udział w sesjach zdjęciowych. Nazbierało mi się już trochę materiału, więc chyba czas się pochwalić! ;) Zapraszam do oglądania.




Modelka: Natalia Oszczepalska
Fotograf: Dawid Tomera 

Modelka: Alicja Franaszczyk 
Fotograf: Angelika Pułtorak 

Modelka: Alicja Franaszczyk
Fotograf: Sylwia Łęcka 

Modelka: Adrianna Dulska
Fotograf: Grzegorz Jasionowicz

Modelka: Sofia Mi
Fotograf: Dawid Tomera

Modelka: Marina Bondarevska
Fotograf: Maciej Wypiór

Modelka: Majka Zadora Charmeuse 
Fotograf: Dominika Mizera

Modelka: Monika Motyka - Ari
Fotograf: Mariola Suder

Modelka: Alicja Franaszczyk
Fotograf: Sylwia Łęcka 

i ja ;)
Fotograf: Dominika Mizera



Ze względu na to, że od kilku miesięcy cały swój czas i zapał poświęcam na zgłębianie makijażowych tematów, trudno mi znaleźć go jeszcze choć trochę na pisanie o pielęgnacji cery czy włosów. Mam mnóstwo pomysłów na makijażowe posty, ale... no właśnie. Chyba nie po to tutaj jesteście. Zdaję sobie sprawę, że większość osób, które mnie odwiedza, przychodzi tutaj po coś innego. Koniecznie dajcie znać, co o tym myślicie! 

Ach, i oczywiście zapraszam Was na mojego facebooka - tam daję znaki życia zdecydowanie częściej, niż tutaj! :) 






Uff, trochę mi lepiej, jak w końcu się Wam przyznałam. :D 

Ściskam i do następnego - oby jak najszybszego! 

sobota, 9 kwietnia 2016

8 miesięcy z henną! Moje wrażenia i przemyślanie na temat naturalnej koloryzacji (Masa zdjęć!)





Tytuł miał brzmieć PÓŁ ROKU Z HENNĄ (jakoś tak sensowniej, nie?). Tylko jakoś za późno za ten post się wzięłam, koniec końców mamy więc osiem miesięcy. 2/3 roku chyba też mogą być, prawda? :D 

O hennowaniu włosów myślałam od baaardzo dawna. Chodziło mi to po głowie zdecydowanie dłużej, niż myśl o założeniu bloga, a ten niedawno skończył dwa lata. Wzbraniałam się jednak rękami i nogami, tłumaczyłam sobie, że wcale mi to nie jest do szczęścia potrzebne, że będę się męczyć z odrostami, przesuszonymi włosami i gniewem przedwiecznego bóstwa Słowiańskich Myszek Polnych. Bo ja naprawdę lubiłam swój naturalny mysi blond!



Klik w zdjęcie przeniesie Cię do posta


Ścięcie włosów dało mi jednak tyle energii do zmian, że i na hennę się skusiłam. Absolutnie nie żałuję! Dziś mam już za sobą kilka koloryzacji z mieszkankami sporządzanymi w różnych proporcjach. Pomyślałam, że zebranie moich doświadczeń w jeden post może być pomocne dla osób, które wciąż się wahają lub po prostu są zainteresowane tematem naturalnej koloryzacji. 

Na samym początku koniecznie muszę wspomnieć o tym, jakie były moje włosy. Bardzo cienkie, ale normalnej gęstości. Delikatne, wrażliwe, skłonne do puszenia i przesuszania. Bardzo źle reagowały na ciepło suszarki, słoną wodę czy słońce. Ich naturalny kolor zmieniał się wraz z porą roku. Jak wpłynęła na nie henna? 




Włosy w naturalnym kolorze, styczeń - maj 2015




Włosy są grubsze i mniej podatne


To chyba największa zmiana. Obecnie mój pojedynczy włosek nie jest tak cienki jak dawniej. Trudno go przerwać, podczas gdy jeszcze rok temu z łatwością mogłam rozerwać włos w dowolnym miejscu, nie wkładając w to wiele siły. Wynika z tego kolejna zmiana - włosy stały się mniej podatne na odkształcenia. Dawniej wystarczyło je związać w koczka na kilkanaście minut, żeby cieszyć się falami. Dziś potrzebują do tego dużo więcej czasu, szybciej też wracają do prostej formy. Mniej odkształcają się od poduszki, czapki czy gumki. To akurat za bardzo mnie nie cieszy - znacie moje odwieczne pragnienie posiadania kręconej burzy na głowie, prawda? :D 




Tuż po spłukaniu henny Karmelowy Brąz i wysuszeniu suszarką - bez grama odżywki czy serum. Nieco spuszone i lekkie, ale wierzcie mi - dawniej byłoby dużo gorzej. Proste jak w mordę strzelił.




Wolniej się niszczą, lepiej znoszą wysoką temperaturę


To kolejna zmiana wynikająca z pogrubienia pojedynczego włosa. Dawniej moje włosy bardzo szybko się niszczyły. Musiałam przykładać dużo uwagi do ich odpowiedniej pielęgnacji. Bez codziennego olejowania i zabezpieczania końcówek błyskawicznie się rozdwajały, puszyły i wyglądały po prostu źle. Obecnie olejuję włosy baardzo rzadko, suszę je niemal za każdym razem, często zapominając przy tym o serum na końce. Mimo to włosy wciąż są zdrowe i mocne - i zasługa w tym henny, jestem pewna!







Są mniej skłonne do przesuszania, nie tracą tak szybko nawilżenia



Punkt wynikający bezpośrednio z poprzedniego. Lepiej znoszą wysoką temperaturę suszarki głównie dlatego, że nie tracą tak szybko nawilżenia. Łuski są bardziej domknięte, a włosy mniej wrażliwe na gorący nawiew. Nie puszą się tak łatwo, są po prostu trochę prostsze w obsłudze. :)



Podsumowując - jest super. Włosy naprawdę wiele zyskały po tych kilku aplikacjach henny, nieco zwalczyłam w ten sposób ich cienką i delikatną naturę. Nie mogę też narzekać na odrosty - jakoś tak całkiem dobrze komponują się z resztą i nie odcinają się w widoczny sposób.  Jestem więc naprawdę zadowolona. :) Dzięki hennie włosy są mocne i zdrowe, a ja spokojnie mogę je zapuszczać kompletnie nie przejmując się zmasowaną pielęgnacją. Dawniej musiałam poświęcać im masę uwagi, obecnie nie robię tego już praktycznie wcale. Mimo to dzielnie radzą sobie same - od wielkiego cięcia podcinałam je raz i to bardziej z przyzwoitości niż realnej potrzebny. Jeszcze z dwa lata temu (przy włosach podobnej długości co teraz) było to zupełnie nie do pomyślenia.

Na koniec zostawiam jeszcze małe zestawienie kolorów, jakie miałam na głowie - może komuś się przyda. :)






1. Naturalny kolor miesiąc przed pierwszym hennowaniem - ciepły, miodowy ciemny blond, który tak ładnie wyglądał tylko po lecie. :P
2. Pierwsza henna - 50 g Orzech Laskowy Orientana trzymany niecałą godzinę - klik, post. 
3. Druga henna - 50 g Orzech Laskowy Orientana + 10 g Karmelowy Brąz Orientana, trzymany jakieś dwie godziny - klik, post. 
4. Trzecia henna - 50 g Karmelowy Brąz Orientana trzymany 4 godziny (czysty Karmelowy Brąz robiłam dwa razy, tutaj podejście drugie) - klik, post


Jak widać, z każdym kolejnym hennowaniem włosy są ciemniejsze. Kolor z poprzedniej henny zostaje podbity nową, tym sposobem odcień jest coraz bardziej głęboki. :) Ostatnie zdjęcie średnio oddaje kolor uzyskiwany Karmelowym Brązem, na żywo bliżej mu do zdjęcia trzeciego z większą ilością miedzianych poblasków. Tak czy inaczej, jestem w nim zakochana. :)

Na koniec słów kilka o dwóch odcieniach Orientany, jakich używałam. Orzech laskowy jest zdecydowanie chłodniejszy, na moich ciepłych naturalnych włosach dał neutralny, średni brąz. W świetle słonecznym mienił się na przeróżne odcienie, ale ciężko było dopatrzeć się w nim rudości czy czerwieni. Uwaga jasnowłose - może złapać dość ciemno, u mnie po godzinie trzymania dał już dość ciemny kolor (więcej zdjęć tuż po koloryzacji tutaj: klik). Posty, w których lepiej widać kolor po kilku tygodniach: klik, klik, klik



Orzech laskowy po wielu praniach ;) Tutaj już zaczął spod niego przebijać mój naturalny kolor - pierwsza henna wypłukała się z włosów, każda kolejna jakby mocniej się z nimi połączyła


Karmelowy brąz daje cieplutki, średni odcień z widocznymi, miedziano-rudo-czerwonymi tonami. Robiłam go już na poprzednim kolorze, nie wiem więc, jak złapałby na ciemnym blondzie. Podejrzewam jednak, że w takim wypadku mógłby wyjść zdecydowanie bardziej rudo. Na neutralnym brązie dał bardzo ładny, głęboki kasztan, który jest ucieleśnieniem moich najskrytszych marzeń i fantazji na temat koloru włosów. :) Więcej zdjęć tutaj: klik, klik, klik




Karmelowy Brąz niedługo po hennowaniu



Uff, chyba skończyłam. To znaczy pewnie nie napisałam jeszcze o całym mnóstwie rzeczy, o których napisać powinnam, ale sądząc po długości tego posta to wypadałoby już o tym nie pisać. :D Tak czy inaczej, mam nadzieję, że moje przemyślenia komuś się przydadzą. :) 

Koniecznie dajcie znać, który kolor Wam podoba się najbardziej i jakie Wy macie doświadczenia z henną. Pokochałyście naturalną koloryzację tak mocno, jak ja, czy może macie z nią niezbyt udane wspomnienia? 

Ściskam!

środa, 30 marca 2016

Ulubieńcy ostatnich tygodni :)



Niesamowicie cieszę się z obecnej pogody, a Wy? Czekałam na tę wiosnę jak chyba nigdy w życiu! Tak strasznie brakowało mi słońca, ciepłego wiatru i zapachu budzącej się do życia przyrody. :) Dzień mamy też dłuższy i od razu chce się więcej! 

Dziś więc przygotowałam dla Was małe zestawienie kosmetyków, które w pewien sposób mnie oczarowały czy zaskoczyły, zasługując sobie tym samym na zaszczytne miano ulubieńca. Nie będzie ich wiele, ale możecie wierzyć - każdy z nich kocham prawie tak mocno, jak pysznego murzynka babci! 






Bielenda - Drogocenny Olejek brzoskwiniowy 3 w 1


Olejek kupiłam głownie ze względu na poręczne opakowanie. Skusił mnie skład i perspektywa pławienia się w pięknym, brzoskwiniowym zapachu... nie zawiodłam się. :) Choć może nie pachnie dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam, działanie w pełni rekompensuje mi wszelkie aromatyczne nieścisłości. Olejku używam do ciała jak i na włosy. W obu rejonach spisuje się bardzo dobrze - pomaga utrzymać nawilżenie, natłuszcza, uelastycznia i przyjemnie otula. Użyty po depilacji przyśpiesza proces gojenia się drobnych ranek i zadrapań. Bezproblemowo zmywa się z włosów, pozostawiając je miękkie i dociążone - baardzo się polubiliśmy! 




Babydream Med - Krem do twarzy



O tym kremie wspominałam Wam już w tym poście: klik i nadal mam o nim tak samo dobre zdanie. Krem genialnie sprawdzał się zimą, dawał nawilżenie i ukojenie, którego mi brakowało! Nadaje się zarówno na dzień, jak i na noc, dobrze dogaduje się z moimi podkładami, a co najważniejsze, nie zapycha i nie podrażnia mojej wrażliwej cery. Jeśli dołożymy do tego piękny skład, 75 ml pojemności i cenę 15 złotych... możemy chcieć więcej? 







Bourjois - Healthy Mix nr 51


Jeden z najpopularniejszych podkładów blogosfery stał się i moim ulubieńcem :) Najlepszym na to dowodem jest fakt, iż zdążyłam zużyć już jedną buteleczkę i kupiłam dwie następne. Podkład przepięknie prezentuje się na cerze normalnej i suchej, ma cudowne, aksamitne wykończenie i całkiem przyzwoite krycie. Jest idealnym podkładem na co dzień, bo kompletnie nie czuć go na twarzy. Chętnie korzystam z niego także podczas sesji, jeśli modelka nie ma wiele do zakrycia - Healthy Mix przepięknie się fotografuje, cera na zdjęciach jest gładka i ujednolicona. Promocje w Rossmannie zbliżają się wielkimi krokami, więc jeśli jeszcze go nie znacie - naprawdę warto o nim pomyśleć! :) 



Inglot - Konturówka do brwi nr 16


W życiu każdego brwiofreeka przychodzi taki moment, kiedy cień i kredka to za mało. I na mnie nastał ten czas, a wybór na kolejny najważniejszy kosmetyk życia padł na zachwalane pomady Inglot. Pani dobrała mi kolor 16 - jest to dość ciepły, ciemny brąz. Z pewnością dokupię coś w chłodniejszej tonacji, bo sama formuła jest fenomenalna - konturówka jest trwała, intensywna i wspaniale imituje włoski. Zdjęcia pochodzą z poprzedniego posta - tam wychwalałam Wam ten uroczy, mieniący się pigment. :) 







Kobo - Matte Liquid Lipstick 404


O tych pomadkach także było głośno. Na promocji skusiłam się na dwa kolory i to właśnie 404 podbił moje serce. To żywy, ale ciut rozbielony róż z nutką fuksji i wiśni (...? jestem beznadziejna w opisywaniu kolorów!) Wygląda bardzo fajnie w dziennym makijażu, przy delikatnym oku. W bardziej szalonych kombinacjach również się sprawdza, a sama nie mogę doczekać się lata - coś czuję, że przy opalonej karnacji dopiero pokaże cały swój potencjał. :) Pomadki niestety nie są ani całkiem matowe, ani zaskakująco trwałe, ale biorąc pod uwagę ich cenę, można im to wybaczyć. 
Mam ją na poniższym zdjęciu, niestety aparat kompletnie przekłamał kolory.





Zoeva - 228 Luxe Crease



Takiego pędzla zdecydowanie mi brakowało! Nie widziałam podobnego ani w ofercie Kavai, ani Hakuro, a okazał się prawdziwie niezbędny. Dzięki swojej budowie idealnie nadaje się do precyzyjnego zaznaczania załamania powieki. Pędzelek ma małą średnicę i dość długie włosie, dzięki czemu nacisk na skórę jest niewielki. Z jego pomocą ekspresowo można otrzymać delikatną mgiełkę koloru, chociaż przyjemność pracy z nim wcale nie przyśpiesza tej czynności - można się miziać bez końca! Przez niego już ostatecznie zachorowałam na Zoevę - szkoda tylko, że po niedawnej podwyżce cen perspektywa sprezentowania sobie całego zestawu znikła za chmurką rozsądku i sknerstwa. :< 



Jakie kosmetyki lub narzędzia ostatnio Was zauroczyły? Koniecznie dajcie znać w komentarzach! :)





czwartek, 24 marca 2016

Wiosna z pigmentem od MUR :)



Wiosnę mamy! Wreszcie. :) Dziś mam dla Was więc taki szybciutki post z lekkim, różowo - miedzianym makijażem i odkryciem ostatnich tygodni. Skusiłam się na ezebrze na jeden pigment z MUR. Nigdy nie słyszałam o nim ani na yt, ani na żadnej z makijażowych grup na facebooku, a należę do kilku(nastu). :) Spodobał mi się na tyle, że postanowiłam szybciutko go Wam przedstawić - może i Wy wrzucicie go do koszyka przy okazji świątecznych zakupów? :) 




(Na zdjęciu powyżej - pędzelek z eBay kupiony za... trzy złote? Całkiem, całkiem, nie? :D)

Pigment zamknięty jest w wygodnym słoiczku z małym sitkiem o pojemności 1,5 g, a jego cena to zawrotne 4,99 zł. Skusiłam się na odcień Confront - piękna, jasna miedź połyskująca na róż i złoto.

Niestety, pigment nie jest aż tak intensywny, jak te z Inglota. Aby uzyskać intensywną taflę koloru najlepiej nakładać go z Duraline. Na zdjęciach poniżej zobaczycie efekt nałożenia go zwilżonym pędzelkiem na mokrą bazę kremową.





Biorąc pod uwagę cenę, wydajność, opakowanie i przede wszystkim efekt... jestem absolutnie zauroczona. Jak tylko ujrzałam efekt na dłoni już zachorowałam na syndrom Pokemon - gotta catch them all. :) 




Oczywiście zdjęcia nie oddają choćby krztyny uroku tej przepięknej, połyskującej różowej miedzi, ale musicie mi wierzyć na słowo - na żywo wygląda fantastycznie. :) Nada się zarówno do lekkich, wiosennych makijaży jak i tych wieczorowych. 





Reszta makijażu:

  • podkład: Inglot HD 79 albo Bourjois Healthy Mix 51 - zabijcie mnie ale nie pamiętam :D
  • korektor: Collection Lasting Perfection 01 + Eveline Art Scenic 04 
  • puder: sypki puder Wibo
  • kontur: Bahama Mama
  • bronzer i rozświetlacz: Catrice Prime and Fine 020
  • róż: Catrice Blush Artist 020
  • brwi: konturówka Inglot nr 16 i żel Essence przeźroczysty
  • szminka: Essence Sheer Lipbalm 01 Pretty You
  • oczy: cienie MUR I heard Chocolate
  • rzęsy: Ardell Demi Wispies + tusz Miss Sporty Studio Lash





A Wy, macie jakieś pigmenty w swojej kolekcji? Lubicie z nich korzystać, czy jednak nie przekonuje Was ta konieczność zabawy z bazą i/lub duraline? :) Koniecznie dajcie znać, jakie kolory Wy najchętniej będziecie nosić tej wiosny! :)


Ściskam!



sobota, 19 marca 2016

Moja włosowa historia... u Anwen!


Nastał ten dzień - dzień, który niewątpliwie może być ukoronowaniem kariery każdej włosomaniaczki. ;) A teraz tak na poważnie - moja włosowa historia została opublikowana przez Anwen, a mnie aż serduszko z dumy urosło, kiedy facebook ogłosił mi tę radosną nowinę! :) 

Zapraszam więc do oglądania! Wydaję mi się jednak, że dla tych z Was, które czytają mnie już od jakiegoś czasu, nie znajdzie się nic zaskakującego. ;) 




MOJA WŁOSOWA HISTORIA - BIJUM

czwartek, 10 marca 2016

Curl me soft, please! || Schwarzkopf Osis+ i mój sposób na względnie trwałe loki





Wiecie, jak uwielbiam loki. Od dwóch lat płaczę Wam tutaj, że chciałabym mieć chociaż fale. Chociaż najmniejsze, poradziłabym sobie z nimi. Dużo dłużej natomiast kombinuję, co zrobić, aby moje uparcie nie-falowane włosy takimi się stały. Przerobiłam chyba wszystkie możliwe naturalne sposoby, a lokówka wciąż jest moją najlepszą przyjaciółką na większe wyjścia. Po cichu muszę się Wam przyznać, że czasami zdarza mi się po nią sięgnąć od tak - żeby mieć się czym cieszyć. Bo loki to coś, co cieszy mnie nieziemsko. ;) 

Niestety, odkąd ścięłam włosy wszystkie moje próby uzyskania wymarzonej fryzury przynosiły dość mizerne efekty. Włosy albo nie chciały kręcić się wcale (tuż po cięciu), albo kręciły się, ale bardzo szybko traciły kształt. Piękne fale trwały dosłownie przez kilkanaście minut, po czym stopniowo i zdecydowanie zbyt szybko ustępowały miejsca napuszonym pasmom. Może sprawa miałaby się lepiej, gdybym do ich utrwalenia używała lakieru, ale.. ale okropnie nie lubię takich sztywnych, suchych włosów. Pianka nie podołała takiemu wyzwaniu. 







Właśnie dlatego, kiedy odezwał się do mnie przedstawiciel sklepu fryzjerskiego Gobli.pl z propozycją współpracy, od razu zaczęłam rozglądać się nad czymś, co pomogłoby mi wreszcie cieszyć się pięknymi lokami na dłużej. Na pierwszy ogień wybrałam krem Swarzkopf Osis+ Curl Me Soft. Jest on co prawda dedykowanym osobom posiadającym loki, a nie takim, które te loki dopiero chcą wyczarować, ale mimo wszystko widziałam w nim jakiś potencjał. Co z tego wyszło? :) 


Krem nakładam na wilgotne włosy w dni, kiedy mam ochotę na kręcenie. Ma dość lejącą się konsystencję i ciężko z nim przedobrzyć. Moje włosy chłoną go niczym zwykłą odżywkę, a po wysuszeniu nie czuć usztywnienia czy przesuszenia - tutaj wielki plus. Włosy stają się jednak jakby bardziej podatne, już przy suszeniu mogę uzyskać delikatne fale, które jednak są tak nieregularne i tak niewydarzone, że szkoda nawet o nich mówić. ;) 

Po dokładnym wysuszeniu dokładam jeszcze minimalną ilość kosmetyku na przednie i wierzchnie pasma (bo po prawdzie to właśnie je kręcę najmocniej, całą resztę trzymam na lokówce dosłownie kilka sekund) i przystępuję do kręcenia. 






Loki zakręcone w ten sposób trzymają mi się dłużej, ale niestety wciąż nie ma mowy o przetrwaniu całego dnia w niezmienionym stanie. Po kilku godzinach zaczynają się rozluźniać, a do wieczora zostają tylko delikatne falki, ale przynajmniej nie puszą się przy tym jak dzikie koguty. Bez użycia tego kremu włosy po rozprostowaniu są spuszone, suche i niezadowolone, przy kręceniu z OSIS+ na szczęście unikam takiego efektu. 

Komu polecam? Na pewno osobom, które faktycznie mają loki, i to takie ze skłonnością do puszenia. Będzie to fajny krem dla tych, którym zależy bardziej na dociążeniu i dodatkowym nawilżeniu pasm. Nie jest to produkt dla osób, które oczekują mocnego utrwalenia, ale może sprawdzić się jako odżywka bez spłukiwania używana do ugniatania włosów. Jak na preparat do stylizacji ma całkiem przyzwoity skład. ;) 






Inci: Aqua, Glicerin, PVP, Dicaprylyl Carbonate, PEG 15 Dimethicone, Sodium Acrylate/Acryloyldimethyltaurate/Dimethylacrylamide Cross polymer, Octyldodecyl Stearate, Phenyl Trimethicone, Isohexadecane, Phenoxyethanol, Glyceryl Oleate, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Parfum, Polysorbate 60, Panthenol, Propylene Glycol, Sorbitan Isostearate, Quaternium-80, Linalool, Glyceryl Acrylate/Acrylic Acid Copolymer, Methylisothiazolinone, Limonene, Benzyl Alcohol, alpha-Isomethyl Ionone, Citrellol, Red 40


 Oczywiście przy dłuższym stosowaniu może nadmiernie obciążać włosy, ale wtedy powinno wystarczyć umycie mocnym szamponem i darowanie sobie tego dnia stylizacji. ;) 

Z danych technicznych: produkt zapakowany jest w wygodną buteleczkę z miękkiego plastiku o pojemności 150 ml. Otwierana jest na klik, bez problemu można sobie z nią poradzić mokrymi dłońmi. Dostępny jest np w sklepie Gobli. ;) -> klik.

Jak na profesjonalny produkt nie jest jakoś strasznie drogi, a jego wydajność naprawdę powala. Jak wspomniałam, warto na niego zerknąć, jeśli jesteście posiadaczkami loków z tendencją do przesuszania się i puszenia. Uwaga na glicerynę, nie każdy ją lubi. ;) 







Koniecznie dajcie mi znać, jaki jest Wasz sposób na trwałe loki! :) Ciekawa też jestem, czy używałyście kiedyś tego kosmetyku i jak się u Was sprawdził. 

Ściskam! 

poniedziałek, 7 marca 2016

Zakochana po uszy! Henna Orientana w odcieniu Karmelowy Brąz :)



Hej! Dziś wreszcie miałam chwilkę, żeby napisać Wam kilka słów o mojej ostatniej wielkiej miłości, czyli - bardzo nieskromnie - swoim własnym kolorze. :D Było to moje trzecie podejście do henny i bez wątpienia najbardziej udane. Poprzednie kolory możecie podejrzeć tutaj: czysty Orzech Laskowy (klik) i 50 g Orzech Laskowy + 10 g Karmelowego Brązu (klik).





Tym razem Opatrzność nade mną czuwała. W Pigmencie bowiem nie mieli ani próbek ani małej objętości Karmelowego Brązu - zamierzałam odwrócić poprzednie proporcje i dać 10 g Orzecha na 50 g Karmelu. Trochę zdesperowana, trochę wystraszona zdecydowałam się na dużą puchę ciepłego odcienia. Nieco obawiałam się marchewki na głowie, na szczęście koniec końców zostałam baaardzo pozytywnie zaskoczona. ;) 

Odcień, jaki uzyskałam, to prześliczny głęboki brąz moich marzeń. Mieniący się w słońcu na miedziany odcień, jakiego nie powstydziłaby się nawet Kasztanka Piłsudskiego. ;) Oczywiście zdjęcia nie oddają choćby krztyny uroku tego koloru, ale do tego już zdążyłam przywyknąć. :D 




Kolor wygląda naprawdę ładnie i naturalnie. Tuż po hennowaniu był rzecz jasna bardziej intensywny i miedziany, obecnie już nieco się wystudził, choć nadal bardzo mi się podoba. :) W najbliższym czasie nie będę już eksperymentować z innymi odcieniami czy mieszankami i zostanę przy czystym Karmelowym Brązie na dłużej. :) 

Co do samej kondycji włosów, to nie mam nic do dodania ;) Henna działa na nie bardzo dobrze - mniej się przetłuszczają, są takie porządniejsze i gładsze w dotyku. Wydają się też być grubsze, choć oczywiście nie jest to niesamowicie spektakularna zmiana. 

Na moje średniej długości włosy zużyłam ok 3/5 opakowania 100g. Produkty Orientana są dostępne na stronie producenta, a w Krakowie w niezawodnym Pigmencie. :) 




Na koniec muszę Wam jeszcze za coś podziękować... 26 lutego mój blog skończył dwa lata! :) Wszystko to oczywiście dzięki Wam, bo przecież nikomu przy zdrowych zmysłach nie chciałoby się pisać dwa lata w eter. Niestety nie miałam czasu na żaden jubileuszowy post, a nie chciałam też dodawać czegoś na szybko... Tak czy inaczej, z tego miejsca serdecznie dziękuję każdej mojej Czytelniczce z osobna, i tym cichym, i aktywnie komentującym. Gdy uświadamiam sobie, że za wszystkimi tymi cyferkami stoją prawdziwi ludzie, zaglądający tu dlatego, że coś ich zaciekawiło czy zainteresowało... aż brak mi słów. :) Dziękuję! Mam nadzieję, że zbliżająca się wiosna pozwoli mi zreperować swoje piśmiennicze statystyki i częściej będziecie miały powody, aby mnie tutaj odwiedzać. :) 

Ściskam Was wszystkie gorąco! :)
Kasztanowa A. 

wtorek, 23 lutego 2016

Jak nie dać się przesileniu? Wasze sposoby + wyniki konkursu :)


Znów nadszedł ten paskudny czas pomiędzy. Wczoraj wiosna, dzisiaj zima, a pojutrze to już zależy od godziny. Sama nie mogę doczekać się prawdziwego ciepełka i po dziurki w nosie mam paskudnego krakowskiego deszczu ze śniegiem i smogiem. :< Dziś więc podzielę się Waszymi sposobami na taką pluchę. :) Zaczerpnięte są one oczywiście z konkursowego formularzu. Pytanie brzmiało Jakie są Wasze babcine sposoby na podwyższenie odporności? 




Agnieszka czerpie z babcinych mądrości pełnymi garściami. Jej sposoby na zdrową zimę to przede wszystkim picie czystka oraz ciepłej wody z miodem na czczo. Drugiego sposobu nigdy nie praktykowałam, ale chyba warto zacząć! :) Ponadto radzi nam dodawać dużo czosnku i cebuli do codziennych potraw - trudno się nie zgodzić, wszak oba te śmierdzielki znalazły się na amerykańskiej liście superfoods, razem z nasionkami chia i innymi egzotycznie brzmiącymi wynalazkami. Lubicie czosnek i cebulę, czy tak jak ja - nie jecie, bo nie możecie potem znieść swego wyziewu? :P Argument o myciu zębów po posiłku mnie nie przekonuje - ten krótki czas między jedzeniem a szczotkowaniem to dla mnie katorga, dlatego czosnek i cebulę zniosę tylko w ilościach śladowych. :< 

Martene zdradziła nam przepis na swój syrop wzmacniający. Oto i receptura ;)

-pokrojony imbir (ok. szklanki)
-pokrojony czosnek (ok. szklanki)
-sok z cytryn (aby przykrył imbir i czosnek)
-3 łyżki miodu
Wszystko mieszam razem w słoiku i od stawiam do lodówki na 3 dni, po czym odsączam płyn i piję łyżkę dziennie (oczywiście przechowując w lodówce).


Zdaje mi się, że to ulepszona wersja syropu czosnkowego mojej babci, które notabene był dla mnie nie do przełknięcia. Tak samo syrop z cukru i cebuli - nigdy nie mogłam się do niego przekonać. :< Martene ponadto przekonuje nas - znów - do używania duużej ilości czosnku, domowego soku z aronii i picia po łyżce oleju lnianego lub z wiesiołka dziennie. Tej ostatniej metody też za nic w świecie nie potrafię wprowadzić - jaka ze mnie będzie kiedyś babcia?!  :< 


Joanna M. także regularnie pije czystek, zwróciła też uwagę na bardzo ważną rzecz, a mianowicie... wietrzenie pomieszczeń i nieprzegrzewanie mieszkania. ;) Faktycznie, na pewno bardziej na zdrowie wyjdzie nam przespanie się przy rozszczelnionym oknie, niż w sypialni z zatęchłym, przepełnionym kurzem i bakteriami powietrzem. 


Basia to kolejna fanka czosnku! Pomału zaczynam czuć się wykluczona. ;) Jako kolejna osoba radzi nam także wykorzystywanie imbiru - tym razem jako dodatek do herbaty. Lubicie jego smak? Mnie odpycha podobnie jak czosnek czy cebula, nie lubię takich intensywnych smaków. :< 


Anna za to do herbaty dodaje miodu, cytryny i goździków - moje połączenie! W końcu mogę z kimś przybić piątkę. ;) Przypomina nam też o starym i poczciwym mleku z czosnkiem (nie będę już mówić, co myślę na temat takich wariacji... niestety, wolę mleko z kakałkiem ;c). Jako pierwsza zwraca też uwagę na to, jak ważna dla naszego zdrowia jest regularna aktywność fizyczna! Niestety, i ja należę do grona sezonowych kanapowców - gdy tylko temperatura spada poniżej 15 stopni, mam ogromny problem, żeby zmobilizować się do jakiegokolwiek ruchu na świeżym powietrzu. 

Katarzyna ze smakiem i sentymentem wcina... kanapki z masłem i cebulą. Podzieliła się też z nami wspomnieniem tego, jak ów kanapki były przygotowywane. Babcie powinny zdecydowanie częściej odwiedzać biuro patentów!

Najbardziej zadziwiał mnie zawsze sposób w jaki babcia szykowała te kanapki. Mianowicie babcia pajdę chleba posmarowaną masłem dociskała do deski, na której znajdowała się grubo pokrojona cebula. W ten sposób cebulka pięknie osadzała się na kanapce i nie spadała podczas jedzenia.


 Joasiaczek znów zaleca nam jedzenie czosnku.. zgodnie z przekazem babci, aż trzy ząbki! Takiej dawki bym nie zniosła, ale sos czosnkowy, o którym Asia wspomina, sama chętnie dodaję do najróżniejszych dań i wcinam ze smakiem. :) 

Emila stworzyła dla nas prawdziwy elaborat! Podzieliła się mądrościami babci i dziadka i ich ulubionymi sposobami na uodparnianie nie tylko siebie, ale i wnuków. ;) Same przeczytajcie! 

Tym co pamiętam najbardziej z babcinej wsi, jest masa miodu. Zdrowotny propolis przydawał się wiele razy w leczeniu grypy, przeziębienia, aft czy gronkowca (i wiele więcej zastosowań).
Kolejnym było oczywiście picie ciepłego mleka z miodem i wyciśniętym czosnkiem (akurat tego przepisu szczerze nienawidzę).
Wszelkie ziółka, herbatki i nalewki z czego tylko możliwe: pokrzywa,mięta, zmielony len (na przykład na niestrawności), żurawiny, mniszek lekarski, buraki, bursztyny, aronia, poziomka, lipa, czarny bez.
Dziadek robił cuda z cebuli prosto z ogrodu. Syropy, nalewki czy miody. Pamiętam jak babcia specjalnie latem wrzucała mnie w pokrzywy żeby mnie pogryzły. Podobno też miało mnie to wzmocnić :P
O właśnie! Aloes. Wiele razy miąższ aloesu pomógł mi w wyleczeniu przeziębienia.
W zasadzie, wszystko czego używaliśmy, było z ogrodu. Okłady z liści kapusty na opuchlizny, z aloesu czy babki lancetowatej na rany.
Ostatnim hitem mojego dziadka jest woda brzozowa. Pije ją, wsmarowuje w skórę głowy, nawet się w niej kąpie a wnukom daje na trądzik.
Ale i tak, moim ulubieńcem był i jest dżem malinowy. Czysta radość i wybawienie na zimowe przeziębienia. 
 


Najbardziej rozśmieszył mnie fragment z wrzucaniem w pokrzywy. ;) Pamiętam, że na wsi mojej babci mieszkała pewna starsza Pani, która codziennie wieczorem na wiosnę szła w pola... okładać się pokrzywami. Ponoć sposób ten praktykowała jeszcze za pany, a na wsi znana była jako okaz zdrowia. :) 




Pora na wyłonienie zwycięzców! Jako, że sama nie dałam sobie rady z tym trudnym zadaniem, zdałam się na ślepy los... i tym sposobem, nagroda trafia do Agnieszki, Emilii i Kasi! :) Mam nadzieję, że kuracja z cynkiem i selenem skutecznie wzmocni Wasze babcine sposoby. :) 

Wiecie co? Dokładnie za trzy dni mój blog skończy dwa lata! Jeszcze nie wiem, co dokładnie przygotuję z tej okazji, ale mam nadzieję, że wymyślę coś fajnego. ;) Aktualnie znów znalazłam się w tej paskudnej sytuacji, kiedy mam masę (masę!) pomysłów na nowy wpisy, głowa pęka od inspiracji a zeszyt od notatek, ale czasu nie mam za grosz. A jak mam już czas, to nie mam światła do zdjęć, a wtedy frustracja ma sięga zenitu. Poważnie. ;) 

Jeśli troszkę Wam brakuje mego częstego bełkotu, zapraszam na niedawno założony snapchat: bijum_blog. Tam codziennie staram się pokazać Wam coś ciekawego, bo jest to jedyne medium, na które jestem w stanie wrzucić zdjęcie okrutnej jakości zbytnio się tym nie przejmując. ;) 

Skoro już przy zdjęciach jesteśmy: dwa piękne ujęcia z dzisiejszego wpisu pochodzą, jak zawsze, z jestrudo. :) 





Co jeszcze dorzuciłybyście do tej długaśnej listy babcinych zaleceń? Z których korzystacie na co dzień, a które przerastają Was tak bardzo, jak mnie trzy ząbki czosnku? :D


sobota, 6 lutego 2016

Fiolet i złoto - wieczorowy makijaż dla niebieskich oczu






Nie wiem, jak to się stało, że dopiero teraz publikuję dla Was tego posta! Dziś pokażę Wam z bliska studniówkowy makijaż siostry, który mignął Wam już w którymś z poprzednich wpisów oraz na facebooku. Prosiło o niego kilka osób, tymczasem ja przeciągnęłam go aż do ostatek. Sezon studniówkowy już w sumie się skończył (oprócz Natalii miałam przyjemność malować jeszcze trzy inne ślicznotki <3), a do ślubnego jeszcze daleko... Mam jednak nadzieję, że ktoś zainspiruje się tym makijażem i wykorzysta go na własny użytek. :)

Niestety, nie miałam dostatecznie dużo czasu, żeby przygotować tutorial krok po kroku. Umówmy się też, że światło o godzinie 16 w styczniu nie sprzyja jakimkolwiek fotografiom bez studyjnego oświetlenia... Nie mniej jednak, mam nadzieję, że zdjęcia zainspirują Was do własnych wariacji na temat złota i fioletu. ;) 





Połączenie złota z bardzo ciepłym odcieniem fioletu na górnej powiece piękne podkreśli niebieską, ale i zieloną tęczówkę. Trzeba jednak uważać, jeśli mamy mocno ukrwione gałki oczne, lub jeśli nasze oczy szybko męczą się w balowym oświetleniu. Wtedy ciepłe barwy niepotrzebnie podkreślą zaczerwienienie. 

Cieniowanie powiek wykonałam głównie czekoladową paletką I heart Chocolate, wspomagając się przy tym cudownym, głębokim i bardzo moim fioletem z Kobo w kolorze Aubergine. Gwiazda programu, czyli bajecznie mieniące się złoto to niesamowity cień foliowy Rose Gold, także od MUR. Efekt, jaki daje jest naprawdę przepiękny! Jeśli jesteście kosmetycznymi srokami, a jeszcze nie macie tych perełek... wiedzcie, jak wiele Was omija. :D Sama poluję na odcień Magneficent Copper, ale w drogerii wciąż jest wyprzedany. :< 




Lista użytych kosmetyków:

  • Baza: Ingrid Make Up Base, zielona baza matująca
  • Podkład: Bourjois, Healthy Mix nr 51
  • Puder: Ben Nye, Cameo
  • Korektor: Collection Lasting Perfection nr 1 (także jako baza pod cienie) + Eveline Art Scenic nr 04
  • Konturowanie: Joko, Podkład Smooth & Light J144 Rich tan (dużo ciemniejszy od HM) + Bahama Mama
  • Róż: Joko, 04 ( Chyba, mam tylko wkład bez opakowania :<)
  • Rozświetlacz: Lovley, Gold Shimmer
  • Brwi: Kobo, cienie do brwi + żel Essence
  • Eyeliner: Maybelline, Gel eyeliner
  • Usta: Golden Rose, Dream Lips Liner 505 + Bourjois, Rouge Edition Velvet 09
  • Rzęsy: Essence, Maximum Definition + kępki Killys

Jeśli któryś produkt wyjątkowo Was zainteresował, koniecznie wspomnijcie o tym w komentarzu. :)






Powiedzmy sobie szczere... na takich oczach wszystko samo się broni. :D

Jak wyglądał Wasz studniówkowy makijaż? Wykonałyście go same, czy oddałyście się w ręce specjalistki? 

Ściskam!  

Linkin