wtorek, 10 stycznia 2017

Yoskine Tsubaki Slim Body - okiem młodej mamy






Odkąd pamiętam nienawidzę się balsamować. Nie lubię, kiedy moje ciało jest klejące i nawet używanie leciutkich kremów doprowadza mnie do szewskiej pasji. Po balsam sięgam tylko wtedy, kiedy sytuacja naprawdę tego wymaga, a na co dzień preferuję po prostu używanie delikatnych, niewysuszających żeli pod prysznic. Na moje szczęście, cała moja skóra poza twarzą jest na tyle niewymagająca, że dzielnie znosi moje zaniedbania. ;) Właśnie dlatego po otrzymaniu produktów firmy Yoskine do testów bez wahania oddałam je komuś, kto balsamy zużywa jak wodę. Obietnice producenta są bardzo górnolotne, sama byłam ciekawa, czy dwa kremy faktycznie mogą cokolwiek pomóc w kwestii ujędrniania i modelowania sylwetki. Poznajmy więc opinię Dominiki! :) 

Bohaterami dzisiejszej recenzji są: Yoskine - Tsubaki Slim Body: Koncentrat z kwasem glikolowym, zabieg wyszczuplająco-wygładzający(klik) oraz Serum Shiastu ujędrniające do ciała i biustu(klik)

Serum Shiastu ma przyjmną, lekką konsystencję i delikatny zapach. Największym plusem jest to, że nie pozostawia klejącej się warstwy, dzięki czemu po porannym prysznicu można od razu wskoczyć w spodnie. Odczulwanie nawilżało, a dzięki kremowej konsytencji przyjemnie rozprowadzało po ciele.

Koncentrat glikolowy przeznaczony do stosowania na noc ma podobny zapach i zdecydowanie cięższą, bogatszą konsystencję. W efekcie pozostawia na skórze lepki film, co raczej nie przeszkadza mi przy stosowaniu go zgodnie z zaleceniami producenta. Zapach jest podobny do poprzednika, a więc naprawdę przyjemny. 
Niestety, produkty te używane naprawdę sumiennie nie wpłynęły w żaden sposób na wygląd mojego ciała poza nawilżaniem. Górnolotne obietnice producenta ograniczyły się do tego, co robi każdy porządny balsam, a więc nawilżania, lekkiego napinania i łagodzenia. 

Zdjęcia zrobiłam w domowym studio fotograficznym Dominiki. Jej prace możecie oglądać m.in na blogu www.photo-dreams.pl :) 





A Wy, macie doświadczenie z preparatami tego typu? Koniecznie podzielicie się swoimi wrażeniami, bo może jednak jest coś, co będzie w stanie przekonać mnie do systematycznego kremowania swojego ciała :D  

piątek, 30 grudnia 2016

Jak minął 2016 rok?



Kolejny rok już dobiega końca, a ja zupełnie, ale to zupełnie nie ogarniam, kiedy i jak to się stało. Postanowiłam więc także i w tym roku zebrać garść wspomnień i zdjęć z minionych miesięcy :) 





1. Postanowiłam, że chcę robić to, co kocham. I tak zaczęłam malować już nie tylko siebie. ;) Co prawda póki co nie mogę nazwać tego "utrzymywaniem się z pasji", ale sam fakt tego, że inne kobiety są w stanie mi zaufać jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Przez prawie cały 2016 rok latałam po najróżniejszych sesjach, malowałam Panny Młode, dziewczyny na studniówki, na chrzciny, na wesela, do nagrań... i mam nadzieję, że dane mi będzie wciąż się rozwijać w tym temacie. :)

2. Rzuciłam pierwsze studia, bo uznałam, że nie wytrzymam psychicznie będąc na kierunku... sama. Po pierwszej sesji zostałyśmy we dwójkę, przy czym koleżanka nie chciała kontynuować od kolejnego roku tego kierunku. Myślę, że więcej tłumaczyć nie trzeba. :D Bardzo żałuję, że tak to wyszło, ale cóż - widocznie tak musiało być. Przeniesienie się na inny kierunek w obrębie wydziału bez straty roku kosztowałby mnie nieprawdopodobnie dużo nauki, stresu i zaliczeń, uznałam więc, że wolę zacząć od nowa. 

3. Rozpoczęłam kolejne - kosmetologię. Wygląda na to, że tutaj nie będzie problemu z niedoborem osób, chociaż tyle mojego szczęścia. ;) 






4. Byłam na Meet Beauty, gdzie poznałam wiele wspaniałych kobietek! Wyprawa do Warszawy (z przystankiem w Łodzi) było naprawdę fajnym przeżyciem. :) Te z Was, z którymi zdążyłam się przywitać, pomachać Wam albo się uścisnąć - gorąco pozdrawiam! :) 

5. Zwiedziliśmy z Kochanym Włochy, co było naprawdę niezapomnianą przygodą. Spędziliśmy tam 8 dni nie płacąc za ani jeden nocleg. Dwa plecaki, malutki namiot, folia życia i dużo szczęścia w łapaniu stopa - właśnie tyle potrzeba, aby zobaczyć praktycznie całe Włochy Północe za półdarmo. ;) Zwiedziliśmy tyle przepięknych miejsc i poznaliśmy mnóstwo wspaniałych ludzi, ale niestety jedyne zdjęcia jakie nam zostały to te w nowych dokumentach. W przeddzień wylotu, w samym środku Mediolanu zostaliśmy okradzeni z aparatu, dokumentów i absolutnie wszystkich pieniędzy. :D 





6. Po za tym kompletnie nie pamiętam wakacji, w większości spędziłam je w pracy, siedząc po 12 godzin 5-6 dni w tygodniu na tyłku i oglądając seriale. Z perspektywy czasu żałuję, że nie potrafiłam się zająć wtedy niczym bardziej produktywnym, choć patrząc na to z drugiej strony - niewiele zrobić bym była w stanie.

7. Po raz kolejny się przeprowadziłam, ale z roku na rok zaczyna się to robić coraz trudniejsze. Nie mam pojęcia, skąd biorą się te wszystkie pudła i kartony, i to w dodatku wypchane po brzegi. o.O 

8. Zupełnie nie potrafiłam znaleźć czasu dla bloga, ale z tego tłumaczyłam się Wam już wielokrotnie. :/ Obecnie najbardziej doskwiera mi brak aparatu (został zwinięty w Mediolanie). Bardzo boli mnie wstawianie postów z kiepskimi zdjęciami z telefonu, ale niestety, taki stan rzeczy będzie się musiał utrzymać jeszcze przez jakiś czas. 





9. Chyba trochę za wiele od siebie wymagałam, bo często sama pod sobą kopałam takie dołki, z których potem przez tydzień nie mogłam się wygrzebać. Mam nadzieję, że w ciągu kolejnych miesięcy ukrócę sobie te autodestrukcyjne zapędy. 

10. Do reszty się zaniedbałam i to muszę sobie szczerze przyznać. Obecnie od dwóch miesięcy wybieram się do co najmniej trzech lekarzy i wciąż nawet nie wybrałam numeru do przychodni, często zdarzało mi się jeść w biegu byle co i byle jak. Moja cera woła o porządną kuracje nawilżająco-złuszczającą, włosy sterczą każdy w inną stronę. Codziennie rano wciągam bezmyślnie pierwsze lepsze ubrania, które wpadną mi w ręce, wychodzę nieumalowana, nieogarnięta, często bez śniadania i tak od od kilku ładnych miesięcy. Nie brzmi to dobrze i pora wreszcie wziąć się w garść. 


W tym roku wypadło nieco mniej optymistycznie niż w poprzednim, ale mam nadzieję, że nadchodzący 2017 rok będzie dużo lepszy. :) Co prawda jakoś nie przepadam za nieparzystymi liczbami, ale może akurat ta siódemka na końcu okaże się szczęśliwa? :) 





A Wy, jak spędziliście miniony rok? Koniecznie zostawcie linki do swoich wpisów, jeśli takowe poczyniliście! :) Z tego miejsca chciałam Wam też życzyć mnóstwo zdrowia, realizacji planów i samych pięknych chwil w nadchodzącym roku! <3 

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Manicure hybrydowy z firmą Neess - Primer, Baza, Top, Karmelowa tęsknota i efekt szronu





Manicure hybrydowy towarzyszy mi nieprzerwanie już ponad rok. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez hybryd i naprawdę nie wiem, jak mogłam bez nich żyć. :D Moje bardzo cienkie i łamliwe z natury paznokcie dopiero dzięki nim mogą wyglądać naprawdę dobrze.

Ostatnio dostałam do przetestowania zestaw od firmy Neess - stosunkowo nowej na paznokciowym rynku. Oczywiście niezwłocznie zabrałam się do pracy. :) Paznokcie musiałam mocno skrócić, bo podczas gry w siatkówkę kilka boleśnie połamało mi się przy samym opuszku. Nie chciałam ich przedłużać, aby dać szansę wykazać się w pełni przedstawionym dziś produktom. Pokrótce opiszę Wam każdy po kolei i wytłumaczę, jak uzyskać zimowy efekt szronu! :)






Primer bezkwasowy - produkt, który ma przygotować naturalną płytkę na położenie żelu lub hybrydy, przy czym nie każda baza hybrydowa wymaga jego aplikacji. W ramach testów na ręce lewej użyłam primera, na prawej nie. Nie zauważyłam różnicy w utrzymywaniu się manicure ani w komforcie jego aplikacji, ale może nie jestem wyczulona na tak subtelne różnice ;) 

Baza - pierwsze zaskoczenie - wow, co za malutki, króciutki pędzelek! Nie wiem, czy tylko mój egzemplarz taki ma (pozostałe produkty mają już pędzelek z długim włosiem), ale jego specyficzny kształt bardzo pomaga przy pracy blisko skórek i żałuję, że pozostałe buteleczki nie są w taki wyposażone. Baza dobrze rozprowadziła się po paznokciu. Nie jest zbyt rzadka, nie miałam więc problemów z jej spływaniem, nawet na kciuku, którego utwardzałam wraz z resztą palców. 

Lakier kolorowy - Karmelowa tęsknota - to piękny, neutralny odcień beżu. Bardzo elegancki i nienachalny, ale to możecie ocenić sami po zdjęciach. ;) Jeśli chodzi o właściwości lakieru, to krył on pięknie przy drugiej warstwie, nie sprawiał także kłopotów przy aplikacji. Problemem natomiast było to, że.. jakby nie utwardził mi się do końca. Nie wiem jeszcze, czy to wina lampy czy lakieru (kolory innych firm nie robiły mi dotychczas takich psikusów) ale w momencie, w którym chciałam przemyć utwardzony kolor cleanerem, zmyłam praktycznie całą nałożoną wcześniej warstwę. Przy kolejnej próbie potrzymałam dłoń dłużej w lampie i było już w porządku. Na szczęście zamieniłam już starą tunelówkę na nową lampę ledową, więc na pewno dam Wam znać, jak sprawa będzie wyglądała z urządzeniem o większej mocy. :) 

Top -  również rozprowadza się bez przeszkód i na szczęście utwardza się do końca po dwóch minutach w 36 watowej tunelówce. Pozostawia warstwę dyspresyjną, wymaga więc przemycia na końcu cleanerem. Wydaje mi się, że pozostawia nieco mniej błyszczące wykończenie niż konkurencyjne marki, ale nie ustępuje im pod względem trwałości. 

Wspólną cechą wszystkich produktów jest bardzo intensywny zapach, który mnie kojarzy się z waniliowym aromatem do ciasta. Niestety, w moim odczuciu nie przemawia to na plus, zapach jest po prostu duszący.






W zestawie, który otrzymałam znalazłam także dwa pyłki. Jako miłośniczka błysku wszelakiego nie mogłam nie wykorzystać subtelnego efektu syrenki. Zasadniczo możemy używać go na dwa sposoby: wetrzeć go w warstwę dyspresyjną koloru lub posypać nim obficie nieutwardzony lakier bądź top i dopiero w takiej postaci włożyć do lampy. Aplikując pyłek w pierwszy sposób zyskujemy jednolitą taflę mieniącą się na różne kolory. Aplikując na nieutwardzony kolor mamy efekt szronu w kolorze lakieru, opalizujący tak jak oryginalna syrenka, a po aplikacji na nieutwardzony top kolor samego szronu jest mniej intensywny. Do mojego zimowego mani w stonowanych barwach wybrałam sposób aplikacji na nieutwardzony kolor. Takiego paznokcia nie pokrywamy już topem. 


Jak dotychczas moje pierwsze spotkanie z marką Neess zaliczam do umiarkowanie udanych. Piękny kolor, dobra baza i top, komfortowe w pracy konsystencje, dobra trwałość, ale i męczący zapach oraz problem z utwardzeniem. Byłabym skłonna od razu posądzić o to moją starą lampę, ale tego samego dnia utwardzałam inne, bardziej napigmentowane kolory i było wszystko w porządku. Wkrótce pojawi się drugi post z kolejną propozycją mani z tymi produktami, wtedy na pewno wspomnę co i jak z nową lampą. ;)





Macie ochotę na tutoriale krok po kroku z prostymi zdobieniami przy okazji kolejnego posta? :) I jak Wam się podoba takie zimowe, bardzo stonowane mani? Dajcie też koniecznie znać, czy mieliście już styczność z hybrydami od Neess!

Ściskam i do następnego!

czwartek, 1 grudnia 2016

Czy Twoja cera wie, ile ma lat? || Perfecta Fenomen C 30+


W wielu drogeriach półki z kosmetykami do pielęgnacji twarzy oznaczone są kolorowymi podziałkami z cyferkami - 20+ 30+ itd. Wskazują one, którymi produktami powinny zainteresować się Panie w danym wieku. Czy taki podział ma sens? Czy należy się nim sugerować? 

Ile masz lat? A na ile się czujesz? Często otrzymamy na te dwa pytania zupełnie inne odpowiedzi, prawda? :) Tak samo jest z naszą cerą. Wewnątrz możemy być szalonymi piętnastkami, nie oznacza to jednak, że nasza skóra także czuje się tak pięknie i młodo. Nieraz widziałam Panie około 40 z o wiele bardziej zadbaną skórą od mojej, widywałam też trzydziestolatki z takimi zmarszczkami, jakich nie widać jeszcze u niejednej babci. Jaki z tego wniosek? Starzejemy się w różnym tempie, toteż nie ma co się obrażać na dermokonsultantkę, jeśli ta zaproponuje nam krem dla cery starszej niż nasza metryka.


Dlaczego się starzejemy i co przyśpiesza ten proces?


Za cykl życiowy każdej żywej komórki, a więc i za fakt starzenia się odpowiada jeden niesamowity mechanizm - DNA. Przykra sprawa jest taka, że nie da się go oszukać, bo przecież nie jesteśmy w stanie zmienić genomu każdej komórki budującej naszą skórę. ;) Starzejemy się, bo tak chciała matka natura, bo jest to sensowne i przydatne młodszym pokoleniom. Inna kwestia to to, jak szybko się starzejemy - i na to mamy ogromny wpływ poprzez nasze nawyki i środowisko w jakim żyjemy. Skóra starzejąca się traci zdolność do wiązania wody, a co za tym idzie - wiotczeje, staje się cienka, często pojawiają się brunatne przebarwienia. Czynniki, które przyśpieszają ten proces to m.in:
  • promienie jonizujące (emitują je np. komputery i telefony!)
  • nadmierna ekspozycja na promienie UV - częste przebywanie na słońcu i w solarium
  • palenie tytoniu, życie w zanieczyszczonym środowisku
  • zła dieta, nieprawidłowa pielęgnacja




Kosmetyki dla kobiet dojrzałych zawierają więc składniki, które mają na celu naprawić to, co jeszcze się naprawić da oraz zapobiec dalszym uszkodzeniom skóry. Często są to dokładnie te same składniki, które znajdziemy w kremach dla młodszych cer, tyle że w większym stężeniu. I wiecie co? Skóra wcale się na Was nie obrazi, jeśli nałożycie na nią krem dedykowany dla osób w wieku Waszej mamy. Ona nie umie czytać etykietek i jest niewrażliwa na marketing, jest za to na tyle mądra, że pobierze sobie dokładnie tyle substancji, ile w danej chwili potrzebuje. Nie da się przenawilżyć cery (na pewno nie drogeryjnymi produktami, bo kosmetyki profesjonalne to inna broszka), nie zaszkodzimy jej też używając kremów z przeciwutleniaczami, witaminą A, E, hydroksykwasami czy kwasem hialuronowym, bo właśnie to są najpopularniejsze składniki preparatów dla cer dojrzałych. Po prostu od wielu lat ktoś wmawiał nam, że mając 29 lat powinnyśmy używać kremu z etykietką 20+, a po przekroczeniu magicznej bariery z dnia na dzień zmienić go na 30+, żeby przypadkiem się nie "postarzeć" kosmetykiem niedopasowanym do naszej cery.

Nie zachęcam w tym momencie do kupowania tylko i wyłącznie kremów do cer starszych, ale do myślenia i podejmowania świadomych decyzji. Zanim kupisz krem zastanów się, czego tak naprawdę potrzebuje Twoja cera? Jest sucha i cienka w dotyku jak papier, mimo młodego wieku tworzą Ci się już pierwsze pajączki pod oczami a naczynka są płytko położone i widoczne? A może jest grubsza, lubi się przetłuszczać, a przykre niespodzianki nie opuściły Cię wraz z końcem okresu dojrzewania? Wybierz taki krem, który ma szanse pomóc na Twoje problemy, a niekoniecznie taki, który pokrywa się z Twoim wiekiem. :)





Jako że moja cera jest cienka, wrażliwa, z tendencją do wysuszeń i przebarwień, bez wahania sięgnęłam po serię Perfecta 30+. Składa się ona z serum - booster oraz kremu na dzień i na noc. 

Booster Wyrównanie kolorytu, nawilżenie, odżywienie


Nazwa brzmi zachęcająco no i pokrywa się z moimi potrzebami. Kosmetyk ma lejącą się, pomarańczowozółtą konsystencję, a po wmasowaniu w skórę pozostawia na niej lekki film. Z tego względu fajnie nadaje się jako lekka baza pod makijaż dla osób nieprzyzwyczajonych do tłustych kremów. Generalnie produkt ten na pewno sprawdzi się dla Pań nielubiących uczucia mokrej, nakremowanej skóry. W moim wypadku prócz nawilżenia nie zauważyłam większych korzyści. Ze składu chętnie też wywaliłabym kilka rzeczy, ale w ostatecznym rozrachunku jak na drogeryjne, stosunkowo tanie serum kosmetyk ma się czym pochwalić. 


Aqua, Lecithin, Sorbitol, Ascorbyl Glucoside, Panthenol, Glucose, Trilaureth-4 Phosphate, Glycerin, Dicaprylyl Ether, Sodium Acrylates Copolymer, Lecithin, Dimethicone, Isohexadecane, Ascorbyl Tetraisopalmitate, Alcohol, Terminalia Ferdinandiana Fruit Extract, Ethylhexyl Cocoate, Dimethiconol, Tocopherol, Glycine Soja Oil, Retinol, Dimethylmethoxy Chromanol, Sodium Hyaluronate, Phenoxyethanol, Hydroxyacetophenone, Octadecyl Di-T-Butyl-4-Hydroxyhydrocinnamate, Alpha-Isomethyl Ionone, Hexyl Cinnamal, Limonene, Citronellol, Linalool, Butylphenyl Methylpropional, Geraniol, Benzyl Salicylate, Hydroxycitronellal, Parfum, CI 16035, CI 15985.


Kosmetyku na pewno nie poleciłabym osobom o cerze z tendencją do zapychania. 



Krem na dzień i na noc - Energia i detox, głębokie nawilżenie 


Krem sprawdził się u mnie zdecydowanie gorzej od boostera. Jakoś tak nie bardzo widzę w nim sens. Filtr 6 - ok, w trakcie dnia nic nie pomoże, w nocy tym bardziej. Niby nawilża, ale nie jakoś spektakularnie, bardziej pokrywa skórę filmem. Pod makijaż się sprawdza, ale wolę już użyć samego serum. Skład też już zdecydowanie mniej mi się podoba.

Aqua, Glycerin, Cyclopentasiloxane, Polysilicone-11, Butylene Glycol, Dimethicone, Decyl Glucoside, C12-15 Alkyl Benzoate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Octocrylene, Phospholipids, Sodium Acrylates Copolymer, Lecithin, Ascorbyl Tetraisopalmitate, Sorbitol, Ascorbyl Glucoside, Panthenol, Glucose, Trilaureth-4 Phosphate, Alcohol, Terminalia Ferdinandiana Fruit Extract, Sodium Hyaluronate, Hydroxyacetophenone, Phenoxyethanol, Octadecyl Di-T-Butyl-4-Hydroxyhydrocinnamate, Alpha-Isomethyl Ionone, Hexyl Cinnamal, Limonene, Citronellol, Linalool, Butylphenyl Methylpropional, Geraniol, Benzyl Salicylate, Hydroxycitronellal, Parfum.

Znów krem ten zdecydowanie nie nadaje się dla cery tłustej i mieszanej, a przecież nawet Panie w wieku 30+ taką miewają.




Morał z dzisiaj mamy taki, żeby wybierać świadomie. Cyferki są tylko cyferkami i nie zawsze mają odzwierciedlenie w rzeczywistości. Kupując krem szukajmy jego składu i opinii na jego temat, starając się przy tym dopasować go do naszych potrzeb a nie wieku. 

A Wy, obraziłybyście się, gdyby ktoś chciał Wam sprzedać krem do cery starszej? Zdarza Wam się kupować takie kosmetyki? :)

Trzymajcie za mnie kciuki na jutrzejszej anatomii! Miałam się cały dzień uczyć, to sobie przypomniałam, że przecież postu dawno nie było. Na pewno znacie to z autopsji, prawda? :D 

poniedziałek, 14 listopada 2016

Maybelline Fit Me - Podkład i korektor. || Cudo zza oceanu?





Kto śledzi zagranicznego youtube'a, ten na pewno słyszał o serii Fit Me Maybelline. Zwłaszcza korektor zachwalany jest przez m.in Jasmine Hand, Jaclyn Hill czy KathleenLights. Przez te wszystkie lata jednak na próżno można było ich szukać w polskich drogeriach...

Aż w końcu nastał ten dzień, kiedy korektory, podkłady i pudry tej marki dumnie stanęły na specjalnych szafeczkach w Rossmannie, opatrzone złowieszczym napisem "Edycja limitowana". A było to tuż przed sławetnymi wyprzedażami, musicie więc sobie wyobrazić, jak bardzo skoczyło mi ciśnienie na ich widok. Nietrudno się domyślić, że podczas przeceny -49% bez większego zastanowienia wrzuciłam je do koszyka, płacąc za oba produkty nieco ponad 60 złotych. 






Wybór kolorów był już mocno ubogi, zdecydowałam się więc na zestaw w średnim odcieniu. Co prawda zarówno korektor jak i podkład jest dla mnie dużo za ciemny, stwierdziłam jednak, że zawsze mogę je rozjaśnić mixerem z Nyxa. Na ręku widzicie porównanie do dwóch popularnych kolorów łatwiej dostępnych marek - podkładu Bourjois Healthy Mix nr 51 oraz korektora Loreal True Match nr 01. 

Kolorystyka Maybelline jest bardzo trafiona - to taki naturalnie wyglądający, opalony odcień beżu, niewpadający zbyt mocno ani w żółte, ani w różowe tony. Po dodaniu białego mixera otrzymuję idealnie dobrany odcień, który bardzo ładnie stapia się z moją cerą. 






Podkład jak i korektor na twarzy prezentują się naprawdę bardzo ładnie. Na mojej suchej cerze są bardzo komfortowe, dają uczucie nawilżenia, skóra wygląda promieniście. Podkład nie jest ani matujący ani wyjątkowo rozświetlający, po chwili minimalnie zastyga, ale nie daje uczucia ściągnięcia na twarzy. Jego trwałość także jest bardzo dobra - spokojnie wytrzymuje bez większego szwanku do wieczora. Trzeba jednak podkreślić, że tak reagować na niego będą osoby z cerą suchą i normalną - doszły mnie słuchy, że na mieszanej cerze waży się i zjeżdża po paru godzinach. 

Z tej dwójki zdecydowanie bardziej wolę podkład - on naprawdę jest godny uwagi, ale na pewno nie dla osób z dużymi problemami skórnymi. Ma średnie krycie, jest to taki typowy podkład na co dzień - nie przesusza, ładnie wygląda, wyrównuje koloryt, ale poważnych przebarwień nie przykryje. Korektor za to dla mnie jest nieco za mało kryjący - nie zawsze daje sobie radę z moimi zasinieniami, po prostu miewałam lepsze egzemplarze. 

Koniec końców, nie wydaję mi się, żeby był to aż taki hit, na jaki się nastawiałam. Może znów jest to kwestia tego, iż po prostu amerykańska wersja jest lepsza? Tak jest np. z podkładem Loreal True Match, zresztą wiele razy spotkałam się w sieci z porównaniami dokładnie tego samego kosmetyku zakupionego na rynku wschodnim i zachodnim - różnice są kolosalne. Może i w tym przypadku tak jest, a może po prostu miałam nadzieję na dużo więcej, niż mogłam otrzymać od drogeryjnego podkładu i korektora. ;) 





Muszę wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy... Podczas promocji za zestaw zapłaciłam niewiele ponad 60 zł. Cena regularna podkładu wtedy (początek października) wynosiła około 65 złotych, korektor ok. 62 złote. Jakież było moje zdziwienie, gdy dziś zobaczyłam dokładnie te same produkty w cenach regularnych 22 i 17 złotych. Rossmannie, nieładnie! 

Nie zmienia to jednak faktu, że z obu tych produktów chętnie korzystam na co dzień i dobrze mi się sprawują. Używam ich zamiennie z Healthy Mixem oraz duetem od Dax, o którym pisałam niedawno tutaj - klik. Seria Fit Me jest więc naprawdę godną uwagi drogeryjną propozycją dla cer suchych i normalnych, ale... no właśnie, na mannę w buteleczce nie liczmy. 

A Wy, próbowaliście tej osławionej serii Maybelline? Koniecznie dajcie znać, jakie macie wrażenia! 

wtorek, 8 listopada 2016

Trafiłam na podróbkę theBalm w znanej drogerii internetowej?!



Długo zastanawiałam się, czy publikować ten wpis. Nie chcę nikogo oczerniać, a tym bardziej publikować niepotwierdzonych informacji. Doszłam w końcu do wniosku, że... po to przecież założyłam bloga. Aby dzielić się doświadczeniami, wiedzą i wrażeniami na temat kosmetyków. A wrażeń w tym przypadku to ja miałam naprawdę mnóstwo. 





To był kolejny taki sam dzień w beznadziejnie nudnej pracy, w której płacili mi głownie za przeglądanie facebooka. Wtem nagle dostaję wiadomość od koleżanki (która zresztą właśnie wystartowała z blogowaniem i potrzebuje Waszego wsparcia! Pomożecie? :) -> klik): "Hej, Aga, na ekobiecej jest przecena na theBalm!". No padłam. Dalszych zachęt już nie potrzebowałam. Tak się akurat składało, że od długich miesięcy chorowałam na przepiękną paletę Meet Matt(e) Trimony. To idealne połączenie ciepłych, bazowych brązów z ciekawymi akcentami, idealna do makijaży ślubnych i okazjonalnych. Moje małe chciejstwo i miłość od pierwszego wejrzenia. 

Nietrudno więc przewidzieć co było dalej. Jak tylko wparowałam do domu natychmiast wrzuciłam ją do koszyka, opłaciłam i od razu tuptałam ze zniecierpliwieniem nóżkami chcąc mieć ją już teraz i natychmiast. Moje małe rozczarowanie przyszło do mnie po trzech dniach. 





Wizualnie paletce absolutnie nic nie brakowało. Była niebieściutka, równiutka i pachnącą nowością, z portretem czarującego mężczyzny na przedzie. Jej zawartość pozostawiała jednakowoż wiele do życzenia... Większość cieni była po prostu skamieniała. Nabierając produkt pędzlem nie zostawało na nim praktycznie nic, nawet przy aplikacji palcem niewiele koloru przenosiło się na powiekę. Cienie, które nie były aż tak twarde również odbiegały od jakości, do której przyzwyczaiło nas theBalm. Były suche, słabo napigmentowane, a po blendowaniu łączyły się w jedną wielką miazgę bez określonego koloru. 

Pomyślałam - dobra. Może po prostu poleciałam na Matta na opakowaniu a nie cienie same w sobie i po prostu ta paletka taka jest. Oglądnęłam wtedy chyba wszystkie (!) tutoriale na youtubie z użyciem tej paletki. Po czesku, niemiecku, hiszpańsku, angielsku i w innych językach, których nawet nie potrafiłam nazwać. Słuchałam, jak pięknie aplikują się na powićki, że są muy buena, sehr gut i the best. Nikt, absolutnie nikt na tym świecie nawet nie bąknął o tym, żeby ta paleta w jakikolwiek sposób odstawała jakością od innych produktów amerykańskiej marki. Mało tego - moja paleta miała oznaczenia seryjne, które nie pasowały do systemu, wedle którego teoretycznie theBalm znakuje swoje produkty. Pasowały za to do tych, które znalazłam w feedbackach na alieExpress.



Moja paletka -> Paletka z alie -> Teoretyczne oznaczenia theBalm. (Można powiększyć) Potem okazało się jednak, że dziewczyny z wizażowych grup na fb które kupowały w Douglasie również mają oznaczenia niepasujące do ukazanego schematu, więc najwidoczniej nie można na nim polegać w 100%.

Wtedy też postanowiłam wziąć sprawę w swoje ręce. Napisałam maila do drogerii, w której ją zamówiłam. Mail poszedł także bezpośrednio do producenta a także do amerykańskiego i polskiego fanpage marki na facebooku. Zgadnijcie, kto jako jedyny nie odpisał - tak, polski profil na fb. :D 

Chciałabym uniknąć tutaj przytaczania długiej konwersacji z drogerią. Stanęło jednak na tym, że po przesłaniu zdjęć i filmu dostałam adres na który paletę mogłam w ramach reklamacji odesłać. Z odległej Ameryki przyszła mi za to wiadomość mówiąca, iż ekobieca nie jest oficjalnym dystrybutorem theBalm, więc producent nie może potwierdzić ani zanegować oryginalności etj palety. Na wynik reklamacji czekałam miesiąc. Odpowiedź była iście lakoniczna - "Dystrybutor u którego się zaopatrujemy uznał reklamację ale nie podał jej przyczyny. Prosimy o numer konta bankowego". 





Gorsza partia czy faktycznie podróbka? Nie wiem i pewnie już się nie dowiem, wiem za to, że na theBalm internetowo pewnie już się nie skuszę. Wolałabym dołożyć te 30 złotych więcej i kupić ją w Douglasie. Nie chcę jednak do niczego zniechęcać czy przestrzegać. Wiem, że jest grono osób, które kupiło tę paletkę w tej czy innej drogerii online i absolutnie nie narzeka na jej jakość.

Koniecznie dajcie znać, czy i Wam przytrafiła się kiedyś podobna sytuacja podczas zakupów online! 


sobota, 5 listopada 2016

Cashmere - Fluid z bazą i korektor rozświetlający - duet idealny?




Już jakiś czas temu pokazywałam Wam zestawienie tanich podkładów, które miałam okazje przetestować - klik. Pokazałam Wam wtedy jednego z bohaterów dzisiejszego wpisu, ale nie wyraziłam o nim żadnej konkretnej opinii. Produkt jednak tak mnie zaintrygował, że z powodzeniem używałam go przez całe lato, co zresztą widać po buteleczce. :) 

Świadczyć to może tylko o jednym - naprawdę go polubiłam. Mimo całkiem pokaźnej kolekcji naprawdę dobrych podkładów jaką posiadam - Revlon Colorstay i Nearly Naked, Estee Lauder Double Wear, Bourjois Healthy Mix, Inglot HD i sporoo innych - to właśnie po ten niepozorny fluid od Daxa wciąż sięgam bardzo chętnie. Dlaczego? 

Podkład ma bardzo przyjemną, gęstą  konsystencję, ale jednocześnie pięknie stapia się z cerą. To rzadkość wśród takiej formuły. Pod palcami wydaje się bardzo podobny do Inglota HD - silikonowy, śliski, treściwy - jednak na skórze wygląda o wiele lżej. Łączy się z nią tak, że pozostaje niemal niezauważalny. Ostatnio lokatorka o suchej cerze szukała podkładu dla siebie - wystawiłam jej na szafkę praktycznie wszystkie, jakie posiadam i zgadnijcie, który najbardziej przypadł jej do gustu po długich testach. Nasz Dax i Healthy Mix. :) Właśnie ten kultowy podkład z Bourjois jest dobrym porównaniem dla Cashmere jeśli chodzi o efekt na skórze - delikatna, rozświetlona, bez efektu maski, przy czym Cashmere jest gęstszy, ciut bardziej kryjący. 






Niestety mój odcień, czyli 02 Nude już dawno przestał mi pasować, więc obecnie na co dzień ratuję się Mixerem w białym odcieniu z Nyxa. 

Niedawno przyszła do mnie pokaźna paczuszka z innymi produktami Dax. Wśród nich znalazłam drugiego bohatera dzisiejszego wpisu - korektor rozświetlający. Podeszłam do niego z dużą rezerwą. Spodziewałam się słabego krycia i tandetnych drobinek. Jakież było moje zaskoczenie, gdy nałożyłam go na twarz! Okazało się, że korektor - podobnie jak podkład - ma dość gęstą konsystencję jak na tego typu produkty, ładny, neutralny odcień i całkiem solidne krycie. Bez problemu podołał moim workom pod oczami i zaczerwieniu na policzkach. Co ważniejsze - nie powłaził w linie mimiczne i nie przesuszył cienkiej skóry pod oczami. Porównałabym go do korektora w tubce ze Smashboxa, którego także bardzo lubię. :)





Na zdjęciu mamy podkład zmieszany z mixerem oraz korektor, całość utrwalona pudrem RCMA. 

Kolejną zaletą naszych niepozornych produktów jest ich trwałość. Na mojej suchej (czyli niezbyt wymagającej pod tym względem) skórze spokojnie wytrzymują do wieczora. Ani podkład ani korektor nie zmienia koloru w ciągu dnia, a inne produkty do makijażu twarzy przyjemnie się po nich rozprowadzają. 

Komu polecam? Podkład polubią osoby z cerą podobną do mojej - suchą, odwodnioną, wrażliwą. To bardzo przyjemny fluid na dzień, który nie przesuszy cery, ładnie ją ujednolici i rozświetli. Nie polubią się z nim za to cery tłuste, będzie dla nich zbyt mokry. Korektor za to powinien sprawdzić się naprawdę wielu osobom. Z pewnością nie zakryje mocnych, ciemnych przebarwień pod oczami, ale spokojnie da sobie radę z rozjaśnieniem centralnej partii twarzy, co daje nam bardzo ładny element konturowania na mokro. :) Jak widać u mnie poradził sobie z niewielkimi workami, więc dla osób niemających z nimi większych problemów też powinien być w sam raz! :)




Wykończony makijaż z pomadką, którą mogliście podpatrzyć w poprzednim wpisie. :) 

Odkrywanie takich niepozornych perełek sprawia mi olbrzymią frajdę, a Wam? :) Znacie inne produkty, które zaskakują jakością, choć w drogerii zupełnie nie zwracają na siebie uwagi? 

Pozdrawiam i lecę na targi! <3 Mam nadzieję, że w tym roku podczas LNE trafię na kilka ładnych perełek. :)

czwartek, 3 listopada 2016

TOP 3: Matowe pomadki na sezon jesienno-zimowy!



Hej! :) Dziś przygotowałam dla Was przyjemne zestawienie kolorków, które najczęściej goszczą na moich ustach w ostatnim czasie. Większości z nas jesień kojarzy się z mocnymi, burgonowo-bordowymi ustami.. u mnie jednak nie znajdziecie aż tak mocnych kolorów. Co prawda jeden dość mocno wpada w fiolet, ale mimo wszystko nie jest aż tak intensywny, jak sugerowałyby tegoroczne trendy. Jeśli więc nawet w sweterkowym okresie nie lubicie szaleć z ustami, ale szukacie dla siebie czegoś ładnego - zapraszam! :) 





Moim ulubionym wykończeniem pomadki jest zdecydowanie mat. Kremowe szminki i błyszczyki znikają z moich ust w tempie ekspresowym, toteż na co dzień sięgam wyłącznie po zastygające formuły. Mam ich kilka, jednak te przedstawione powyżej sprawdzają się najlepiej zarówno na co dzień, jak i od święta. :) 

Matowe pomadki, chcąc niechcąc, podkreślą nam wszystkie suche skórki na jakie tylko natrafią. Niektóre z nich są wybitnie wysuszające (Golden Rose, tak piękne, tak suche! :<) inne po prostu nie nawilżają, ale nie wpływają negatywnie na stan ust. Do tej drugiej grupy śmiało zaliczam moją trójkę ulubieńców. :) 



Bourjois - Rouge Edition Velvet 07 Nudist






Z nazwy jest to nudziak, w praktyce to taka rozbielona malinka z beżowym podtonem. Piękny i niesamowicie twarzowy kolor, który pasuje niemal każdemu! Kocham ją miłością wielką od lat przeszło dwóch i mimo ogromnego wyboru matowych pomadek na rynku, Rouge Edition Velvet wciąż jest moją ulubioną formułą. Zastyga w pełni po około dwóch minutach, ale zupełnie nie wysusza ust. Pozostawia satynową warstewkę na skórze. Dobrze się nosi, nie jest może najtrwalszym produktem świata, ale bardzo ładnie się zjada i da się ją aplikować ponownie. Kolor 02 maltretuję latem, 07 to mój faworyt na zimniejsze miesiące. Kto jeszcze ich nie spróbował - niech pisze do Mikołaja! 




Nyx - Lip Lingerie 08 Bedtime Flirt






No i tutaj mamy już nudziaka jak się patrzy. :) Jest delikatnie jaśniejszy od mojego naturalnego koloru ust, ale mimo to nie wygląda trupio. Ładnie kryje po jednym pociągnięciu aplikatora, zastyga za to zdecydowanie szybciej niż REV. Po całym dniu może dawać delikatne uczucie ściągnięcia, w moim odczuciu nie jest to jednak aż tak niekomfortowe przesuszanie, z jakim spotkałam się ze strony płynnych pomadek Golden Rose. 

Odcień 08 to beż z nutą pomarańczy i jasnego brązu, lekko rozbielony. Pięknie wygląda na ciepłych i neutralnych typach urody, uroczo prezentuje się w zestawieniu z ciepłym różem na policzkach. To taki kolor, który pasować będzie do każdego makijażu. Jest bardzo bezpieczny np przy mocnym smoky. :) 




Inglot HD 15






Mamy nasz najżywszy kolor. Na zdjęciach wyszedł nieco jaśniej niż wygląda w rzeczywistości. To bardzo trudny do opisania kolor, który łączy w sobie trochę fioletu, maliny i niebieskich podtonów. Jest zdecydowanie najchłodniejszy spośród prezentowanej trójki. Sama nie mogłam przekonać się do takiego koloru na mojej ciepłej karnacji, okazało się jednak, że czuję się w nim całkiem dobrze. :) Pięknie będzie się prezentował na brunetkach z jasną karnacją, a także dla blondynek jako główny akcent w makijażu. :)

Formuła Inglotowskich pomadek jest bardzo przyjemna w noszeniu - zastygają dość szybko, ale nie aż tak szybko jak Nyx. Są dość trwałe (znów ciut mniej niż Nyx i REV), choć dają na ustach uczucie leciutkiego klejenia się. Pomadki pachną gumą balonową i mają najbardziej płynną konsystencję. 



Koniecznie dajcie znać, która z pomadek najbardziej przypadła Wam do gustu! :) Podzielcie się też Waszymi jesiennymi ulubieńcami - sama mam chcicę na kolorek podobny do Inglota, ale wpadający bardziej w bordo niż fiolet. Możecie coś polecić? :) 

Ściskam!



niedziela, 16 października 2016

Aktualizacja włoso-życiowa



Znowu zniknęłam! Już naprawdę nie jestem w stanie zliczyć, ile razy obiecałam sobie wrócić do regularnego pisania. Tak chociaż raz w tygodniu. Przez ostatnie półtora roku jednak za żadne skarby świata nie mogę się do tego zmobilizować - wiecznie brakuje mi czasu, siły, zdjęć i sama już nie wiem czego jeszcze. Kiedy jednak raz na ruski rok zdarzy mi się zaglądnąć w statystyki bloggera, doznaję szoku i wzruszenia. Naprawdę. Kiedy widzę, że ktoś wciąż mnie odwiedza, wstukuje mój nick w wyszukiwarkę, czyta kilka postów na raz, skacząc po nich dzięki zakładkom. 

Dzisiaj po raz mam nadzieję ostatni powracam z mocnym postanowieniem poprawy. Kupiłam nawet lampę pierścieniową, nie mam prawa narzekać już na brak światła. Jeden z problemów odpadł, oby tak dalej! :) 




Aktualizację włosową po lecie już napisałam. Naprawdę. Włożyłam w to wiele serca i poświęcenia, klepiąc literkę po literce na ekranie telefonu.. a potem nieopatrzenie skasowałam wersję roboczą na komputerze. Był to cios tak wielki, że później już chyba z dwa tygodnie nawet nie myślałam o tym, żeby zerknąć do statystyk, a co dopiero coś pisać. :D Miejmy nadzieję, że dziś pójdzie mi lepiej. 

Jedyną rzeczą, jaka zmieniła się w kwestii włosów jest ich cięcie. Tak, mam grzywkę. :) Co wytrwalsi wiedzą, że zastanawiałam się nad nią od lat. Wreszcie, kiedy fryzjerka sama zaproponowała takie cięcie nie potrafiłam się oprzeć. No i mamy, Agę z grzywką, już prawie z dwa miesiące. Te zdjęcia robiłam tak około tydzień po cięciu, obecnie jest już nieco dłuższa. 

Oprócz tego w pielęgnacji nie zmieniło się absolutnie nic - włosy wciąż myję pierwszym lepszym szamponem, nakładam byle-jaką odżywkę i czasami serum na końce. Na co dzień suszę tylko grzywkę, reszta włosów wysycha naturalnie. Czasami zdarza mi się użyć rano prostownicy, chociaż w taką pogodę jak mamy obecnie nie ma to najmniejszego sensu. ;)




Czerwiec || Wrzesień 


Nigdy nie robiłam z bloga pamiętniczka, ale akurat ta kwestia może Was zainteresować. Otóż rozpoczęłam nowe studia - kosmetologię. :) Pierwszy semestr jest bardzo ogólny i niewiele ma wspólnego z branżą, mam jednak nadzieję, że w kolejnych miesiącach wyniosę z zajęć jak najwięcej informacji, którymi mogłybyście się zainteresować. ;) Tymczasem mogę Wam obiecać natężenie makijażowych postów w najbliższym czasie! Mam kilka pomysłów, które chciałabym czym prędzej zrealizować - żeby przypadkiem mi się nie odechciało, wiecie jak jest. :D 

Trzymajcie więc kciuki, żeby w najbliższym czasie pojawiło się dużo nowego! :) Chciałabym zrecenzować Wam choć część podkładów i korektorów jakie posiadam (te dwa kosmetyki zdecydowanie najtrudniej dobrać, a recenzji i swatchy nigdy za wiele), chętnie przygotuję więcej makijaży używając jednej palety (coś jak w Odzie do Cocoa Blend - klik - post ten bardzo Wam się spodobał, a jeszcze kilka palet czeka na swoje pięć minut ;)). No i o paznokciach w końcu coś wspomnieć muszę, bo ostatnio mocno zafiskowałam na ich punkcie! 

Koniecznie dajcie znać, o czym przeczytałybyście najchętniej no i jak podoba Wam się nowa grzyffcia. :D Strasznie się obawiałam, że nie będę w stanie się z nią dogadać,ale póki co jest zaskakująco dobrze i ani razu nie pożałowałam tej decyzji - oby tak dalej. :D 
Ściskam i do kolejnego! 




piątek, 2 września 2016

Jak przygotować się do sesji zdjęciowej? O czym pamiętać w jej trakcie? Poradnik nie tylko dla modelek






Zdjęcia są nam robione przy każdej większej okazji. Nikogo nie dziwi obecność fotografa na chrzcinach, studniówce czy komunii, coraz częściej jednak decydujemy się na profesjonalne ujęcia nie tylko przy tak podniosłych okazjach. Bardzo modne są sesje narzeczeńskie czy ciążowe. Zaproszenie na sesję można podarować komuś w prezencie np. z okazji Dnia Matki czy na urodziny. W korporacjach często organizowane są sesje i nagrania biznesowe... i za każdym razem chciałoby się dobrze wypaść. Dzisiejszy wpis może więc pomóc osobie, która po raz pierwszy trafi w ręce fotografa i chciałaby się do tego dobrze przygotować. :) Narzeczeni, młode pary, początkujące modelki - korzystajcie!

W ciągu kilku miesięcy pracy przy sesjach naoglądałam i nasłuchałam się niezłych kwiatków. Rzeczy, które mogłyby wydawać się oczywiste, bywają totalną abstrakcją nawet dla kogoś, kto tytułuje się fotomodelką z kilkuletnim doświadczeniem. Tak więc, z potrzeby serca i ducha, prezentuję Wam krótki poradnik na temat tego, co zrobić, aby fotograf i wizażysta nie musieli się przy nas naklnąć jak stary szewc z Kleparza! :)



Przygotowanie do sesji zdjęciowej


Podstawą jest makijaż fotograficzny. Obowiązuje on zarówno Panów jak i Panie (chociaż do luźnej sesji ślubnej czy narzeczeńskiej panom odpuszczam, ale jeśli to mężczyzna ma być w centrum uwagi - makijaż jest naprawdę ważny!). To jednak wyższa szkoła jazdy, więc jeśli sama nie czujesz się na siłach, najlepiej wybrać się do wizażystki. Doświadczona osoba sprawi, że twarz na zdjęciach nie będzie płaska, podkreśli Twoją urodę i pomoże fotografowi w późniejszej edycji. O tym, jak przygotować się do wizyty u makijażystki pisałam tutaj: klik.

 Teraz czas na garść rad, co zrobić, aby fotograf nie musiał wypalić trzech paczek fajek przy obróbce naszych wyczekanych kadrów. Przydadzą się one nie tylko modelkom, ale dla nich są tym bardziej ważne. Mało który fotograf będzie chciał powtórzyć współpracę z kimś, kto z własnego niedbalstwa przysporzył mu dodatkowych 45 minut edycji jednego zdjęcia. Przede wszystkim, zadbaj o detale - zaraz wyjaśnię, co mam na myśli!






  • Zadbane dłonie!
Dłonie są naszą wizytówką. Dlatego na litość boską, jak już chcesz być piękna na zdjęciach, to chociaż wypiłuj paznokcie i je wyczyść przed sesją, bo każąc robiąc to komuś w photoshopie ściągasz na siebie gniew wieczysty. I raczej nikt przy zdrowych zmysłach z własnej woli nie będzie chciał tego powtórzyć. :D

Czasami lepiej nie mieć pomalowanych paznokci wcale, niż mieć lakier zupełnie niepasujący do stylizacji. Zwróć więc uwagę, czy Twoje dłonie choć troszkę pasują do całokształtu. Pstrokate, neonowe lakiery i sesja biznesowa to raczej kiepskie połączenie.


  • Odciśnięte ciało
W zależności od tego, jaką sesję planujesz, pomyśl o swoim ubiorze przed nią. Masz być zwiewną rusałką z bosymi stópkami? Nie ubieraj uciskających skarpet, bo wszystko zepsujesz. Kadry z gołymi ramionami? Zrezygnuj z ramiączek w biustonoszu lub wybierz takie, które nie pozastawiają nieestetycznych wyżłobień (co prawdę mówiąc nie jest winą stanika samego w sobie a źle dobranego rozmiaru). Nie noś tego dnia gumki na nadgarstku czy bardzo obcisłych spodni, jeśli akurat masz pokazać brzuch lub talię. Zwróć też uwagę na inne newralgiczne punkty, jak np brzegi nosa odciśnięte od okularów czy przedramiona z obręczami po obcisłych rękawach.






  • Depilacja, zadbane ciało...
Ja wiem, jak strasznie to brzmi, ale serio dziewczyny o tym zapominają. A potem proszą o szybkie golenie w photoshopie. True story. 

Pamiętaj też o nabalsamowaniu ciała. Suchą skórę widać na zdjęciach, naprawdę. Solidna dawka balsamu w dniu sesji sprawi, że Twoje nogi czy ramiona będą wyglądać na bardziej gładkie i jędrne, a Ty po prostu będziesz promienieć. ;) Zadbaj też o ewentualnego partnera. Mężczyźni nie wiedzieć czemu uwielbiają mieć suche dłonie czy nosy.

Postaraj się też zamaskować mankamenty swojego ciała. Drobne rozstępy, siniaki i blizny przykryje podkład i korektor, którego używasz do twarzy. Wyrównaj też koloryt np dekoltu, jeśli akurat jesteś czerwona po złapaniu pierwszych promieni słońca. W zależności od tego, jaką masz stylizację, rozświetl też strategiczne partie ciała. Rozświetlaczem w płynie lub kamieniu muśnij obojczyki, szczyty ramion, kolana i kości piszczelowe, środek brzucha. Dzięki temu Twoje ciało będzie wyglądać jak z okładek magazynów!

  • i umyte włosy.
Bo i tłuste się zdarzają. Zaskakująco często. ;)





  • Strój!
Tutaj wszystko zależy od sesji. W przypadku tych półamatorskich (dla początkujących modelek) czy komercyjnych (ślubnych, ciążowych itd) raczej nieczęsto czuwa nad nami stylistka. Zadbaj o to, aby Twoje ubrania były wyprasowane i dopasowane do siebie. Zwróć uwagę na bieliznę - niech nie kłóci się z resztą stylizacji, bo nie ma nic bardziej irytującego, niż fragment białego biustonosza wysuwającego się spod czarnej sukienki. 

Jeśli na sesji będziesz z partnerem - siostrą, mamą, mężem czy kimkolwiek innym - zadbajcie o spójne stylizacje. Nawet jeśli Ty jesteś typem bizneswoman a Twój wybranek uwielbia look na wędkarza, znajdzie jakiś złoty środek. Na zdjęciach nie wygląda to zbyt dobrze, kiedy jedna osoba ma elegancką koszulę, a druga jamajskie spodenki. Pomyślcie także o tym, aby Wasze stroje zgrywały się ze sobą kolorystycznie. Przy wszelkich problemach z doborem barw bardzo przydatne jest koło kolorów.

  • Miej pomysły! :)
Niezależnie od tego, na jaką sesję się wybierasz, poszukaj inspiracji. Przejrzyj podobne ujęcia, zdecyduj, na czym Ci zależy, jakie chwile i emocje chciałabyś uwiecznić na tych zdjęciach. Nie zwalaj wszystkiego na fotografa, to przecież Twoje pamiątki. Niech będzie jak najpiękniej! :)



  • Przeglądnij artykuły i filmy o pozowaniu
W sieci jest tego naprawdę całe mnóstwo. Wujaszek G. jak zawsze służy pomocą. ;) Wystarczy uświadomić sobie kilka faktów, aby potem lepiej wypadać przed aparatem. Prosty przykład? Dłonie zawsze ustawiaj bokiem do obiektywu, nigdy na wprost - dzięki temu będą smuklejsze i delikatniejsze. Podobnie jest z nogami, zwłaszcza w pozycji siedzącej. Staraj się, aby aparat patrzył na nie lekko z ukosa lub z boku, dzięki temu będą wyglądały na dłuższe. Przy ujęciach na krześle czy fotelu zawsze siadaj na samym kraju, to wyszczupli Twoją sylwetkę. Pamiętaj o tym, aby nie wciskać głowy w klatkę piersiową, trzymać prosto plecy, a przede wszystkim słuchać rad i wskazówek fotografa. Skoro nawet mnie raz na milion prób da się zrobić przyzwoite zdjęcie to i Wam się uda! :) 





  • Zrezygnuj z problematycznych rozwiązań

Sesje planujesz popołudniu, ale nie będziesz mieć już czasu się przebrać? Wybierz niemnące się ubrania, które nawet po wielu godzinach noszenia wciąż wyglądają dobrze. Zapowiada się wietrzna pogoda w dniu Twojej plenerowej sesji? Zrezygnuj z rozpuszczonych włosów i bardzo luźnych upięć, lub koniecznie mniej przy sobie szczotkę i lustro. Wróć, bez względu na okoliczności zabierz ze sobą szczotkę, lustro czy szminkę. ;) 

W trakcie zdjęć staraj się także zwracać uwagę na błahostki, które mogą zepsuć cały efekt końcowy. W zasadzie powinien o to zadbać fotograf, ale przecież i jemu może się zdarzyć coś pominąć. Chodzi mi tutaj o takie detale jak szminka na zębach, długie kolczyki zahaczone o kosmyk włosów, źle układające się warstwy materiału czy krzywo założona biżuteria. Problematyczne bywa też świecenie się cery, spuszone włosy czy rozpięte zamki w ubraniach. Postaraj się panować nad wszystkim, a na pewno będziesz zachwycona z efektów. :) 


Post powstał przy pomocy dwóch zaprzyjaźnionych fotografów: Dominiki Mizery i Dawida Tomery. Oczywiście serdecznie zapraszam Was do odwiedzenia ich stron, a naprawdę jest co przeglądać! :) 

Jeśli artykuł okazał się dla Was ciekawy czy przydatny, koniecznie dajcie o tym znać w komentarzach! :)

Linkin