wtorek, 31 stycznia 2017

Lakiery hybrydowe Neess - Fioletowa inspiracja + wzornik





Jakiś czas temu pokazywałam Wam pierwszy post zrodzony ze współpracy z firmą Neess. Pokazywałam Wam wtedy lakier Karmelowa tęsknota połączony z syrenką sypaną na mokro, dzięki czemu uzyskałam tzw. efekt szronu. Post ten znajdziecie o tutaj, klik. 

Dziś pokażę Wam drugi lakier, który dostałam - piękny, głęboki fiolet. Tym razem mamy też lepszą jakość zdjęć, mam nadzieję, że cieszycie się tym wraz ze mną. :) Jak sprawują się hybrydy Neess, jaką mają trwałość i jak rozwiązała się sprawa tajemniczego "półutwardzania", o którym pisałam ostatnim razem? Zapraszam! :) 


Najpierw pokażę Wam wzornik z obydwoma lakierami i obydwoma efektami, jakie dostałam. 






Na wzorniku widzie od góry: efekt tęczy i efekt syrenki sypany na Fioletową inspirację i w odwrotnej kolejności te same pyłki aplikowane na Karmelową tęsknotę. Oba wcierałam w warstwę dyspresyjną lakieru, a następnie pokryłam topem Neess. 

O ile na jasnym kolorze podobają mi się oba efekty, o tyle na fiolecie wyglądają według mnie zdecydowanie mniej ciekawie. Dlatego też zdecydowałam się na klasyczne, jednokolorowe mani, aby pokazać Wam jak pięknie wygląda ten fiolet na paznokciach! Noszę go już drugi i na pewno nie ostatni raz. :) 





Fioletowa inspiracja pięknie kryje po drugiej, cieniutkiej warstwie. W nowej, mocniejszej lampie nie miałam najmniejszego problemu z jego utwardzaniem - wystarczyło jakieś 10 sekund. Najwidoczniej poprzednie problemy z utwardzeniem były spowodowane starymi żarówkami w poczciwej tunelówce. 

W zasadzie nie mam nic więcej do dodania. :) Dwa razy nosiłam hybrydy wykonane w całości marką Neess i trzymały się bez problemu aż do zdjęcia - myślę, że to najlepiej świadczy o tym, że nie ustępują one jakością innym, dłużej dostępnym na rynku firmom. Zostawiam Was z kilkoma zdjęciami tego pięknotka! Choć szczerze mówiąc mam już ochotę na bardziej wiosenne, jaśniejsze kolory, do tego pięknego fioletu z pewnością wrócę jeszcze nie raz. :) 






Szkoda tylko, że paznokcie znów musiałam skrócić do absolutnego minimum... Mam nadzieję, że przy okazji kolejnego, hybrydowego postu będą już na tyle długie, żeby pokusić się o pokazanie czegoś ciekawszego. :) 

Lakiery hybrydowe oraz akcesoria i pyłki firmy Neess kupicie na ich stronie: neess.pl/. Pełną gamę kolorów można obejrzeć tutaj: klik. Ogromny plus dla producenta za chwytliwe polskie nazwy - lubię takie rodzime akcenty w świecie pełnym anglicyzmów i zapożyczeń. :) 

Jak Wam się podoba ten kolorek? Miałyście styczność z firmą Neess? A może wciąż używacie tylko tradycyjnych lakierów? 
Ściskam! 



wtorek, 24 stycznia 2017

Aktualna pielęgnacja cery || Sylveco, Orientana, Fitomed, Garnier i inne



Pora wziąć się za nadrabianie blogowych zaległości, a sesja to idealny na to czas, prawda? :) Dziś przygotowałam post o produktach, których obecnie używam w codziennej pielęgnacji twarzy. Kilka z Was prosiło o małą aktualizację w tej kwestii, oto więc jest. :) 

Ku przypomnieniu - moja cera jest sucha, bardzo cienka i wrażliwa. Na szczęście atopowe skłonności już jej minęły, nadal jednak zmagam się z częstymi podrażnieniami, zwłaszcza w okolicach nosa i ust. Ostatni post z tej serii znajdziecie tutaj: klik. Co zmieniło się od tego czasu? Chyba wszystko. ;)




1. Oczyszczanie i tonizowanie 



Oczywiście jestem taką ciapą, że robiąc zdjęcia zapomniałam wziąć części produktów z łazienki. ;) Siłą wyobraźni proszę więc sobie dorobić do tego zdjęcia jeszcze dwa kosmetyki, od których chciałabym zacząć: Piankę do mycia twarzy z wyciągiem z żurawiny Ecolabu oraz peeling enzymatyczny Sylveco. Pierwszego używam codziennie rano i wieczorem. Pianka jest naprawdę przyjemna i przede wszystkim nie wysusza i nie powoduje uczucia ściągnięcia tuż po spłukaniu. Co do siły oczyszczania.. no cóż, nie jest to jeszcze ideał. 

Peeling stosuję raz-dwa razy w tygodniu. Napiszę mu na pewno osobną recenzję, bo jest to naprawdę dobry produkt. ;) 

Makijaż zmywam kultowym już płynem micelarnym Garniera. Kupuję go głównie dlatego, że kosmetyk ten idzie u mnie litrami, a jest po prostu opłacalny. Niestety, zmycie cięższego makijażu z jego użyciem nie jest już takie łatwe. Mocniejsze płyny za to podrażniają moje oczy, więc póki co zostaję przy tym gagatku. Przed nałożeniem kremu twarz pryskam płynem różanym Fitomedu - genialnie koi skórę. :)






2. Na dzień



Na dzień od dłuższego czasu używam tego duetu Orientany ze śluzem  ślimaka. W jego skład wchodzi krem pod oczy i krem do twarzy. Oba produkty mają lekką, żelową formułę i piękne, naturalne składy. 

Krem pod oczy szybko się wchłania i pozostawia przyjemne uczucie chłodzenia. Nie sprawdzi się raczej na cerze dojrzałej, z głębokimi zmarszczkami lub mocno przesuszonej. U mnie zapewnia optymalny poziom nawilżenia i znakomicie spisuje się rano, pod makijaż. Podobnie jest z kremem do twarzy - nawilża i napina skórę oraz przygotowuje ją do przyjęcia makijażu. 








3. Na noc 



Wieczorem, po dokładnym oczyszczeniu i stonizowaniu skóry ponownie nakładam krem pod oczy Orientany. Na całą twarz ląduje jednak odżywczo-regenerujący krem z kozim mlekiem Sanbios - jest to kompletnie nieznany, ale naprawę warty uwagi produkt. Ma bogatą, gęstą konsystencję i naprawdę dobrze pielęgnuję skórę podczas snu. 

Zimą moje usta wciąż są spierzchnięte i wysuszone. Wiatr, mróz i matowe pomadki to nienajlepsze połączenie. ;) Na szczęście skutecznie pomaga im gruba warstwa balsamu Tisane. Przy okazji staram się też pamiętać o dłoniach i skórkach - na nie nakładam pierwszy lepszy krem, jaki akurat mam na stanie. Aktualnie używam tego z Perfecty. 





4. Co jakiś czas... 



do akcji wkracza grubsza artyleria. Po wykonaniu peelignu staram się pamiętać o nałożeniu maseczki nawilżającej (znów została w łazience!). Bardzo lubię tę z mlekiem łosia od Babuszki Agafii, ale chciałabym znaleźć coś jeszcze mocniej nawilżającego. Macie swojego ulubieńca w tej kwestii? 

Co dwa, trzy dni staram się pamiętać o nałożeniu maski pod oczy z ceramidami Ziai. Tak, to wciąż to samo opakowanie, które pokazuję Wam od ponad roku! 

Gdy moja cera jest wyjątkowo przesuszona, dopadnie mnie katar, lub po prostu - przez kilka dni z rzędu zapomnę o porządnej porcji kremu na noc - w ruch idzie masło shea Indigo. Jego przeznaczenie to pielęgnacja skórek po manicure, ja jednak upodobałam go sobie jako maść na wszystkie bolączki. Sprawdza się bardzo dobrze. :) 

Wypryski od zawsze traktuję pastą cynkową. Sposób ten działa nieprzerwanie od lat wczesnomłodzieńczych. 


Wersja podróżna


Kosmetyków jest tu całkiem sporo, ale całego zestawu używam tylko wtedy, kiedy nocuję u siebie. Na podróże małe i duże zabieram płyn micelarny, tonik, krem pod oczy i krem na noc, czasami jeszcze masło shea. ;) 






Jakie są Wasze ulubione kosmetyki pielęgnacyjne? Koniecznie dajcie znać, jeśli znacie jakąś bombę nawilżającą!

piątek, 20 stycznia 2017

TAG: Wszystko o cieniach!





Swego czasu po YouTubie krążył tag wszystko o różach. Idea bardzo mi się spodobała, ale że sama za różami kompletnie nie szaleję... postanowiłam przerobić go w taki sposób, żebym mogłabym się wykazać. :) 

Uwielbiam cienie! Jest to jeden z tych produktów, których zawsze mi mało i których zakup sprawia mi najwięcej radości. Dawno już chciałam Wam jakoś zgrabnie opowiedzieć o tych, które kocham najmocniej i o tych, za którymi nie przepadam.  Ten tag jest chyba najlepszą ku temu okazją, więc..  Zapraszam! :) Jeśli któraś z paletek wpadnie Wam w oko i chcielibyście zobaczyć makijaż z jej użyciem, koniecznie dajcie znać w komentarzach! 

1. Najlepsze opakowanie

Pierwsze co mi przyszło do głowy to palety magnetyczne. Sama mam trzy: Viperę oraz dwa GlamBoxy. Ta pierwsza dzielnie służyła mi ponad rok, jednak w końcu przegrała nierówną walkę z pozostałą zawartością kufra, po za tym zwyczajnie stała się dla mnie zbyt mała. Zdecydowałam się więc na dużego GlamBoxa, z którego jestem już ciut mniej zadowolona: jest on zdecydowanie zbyt cienki, przez co przewożone w nim cienie mocniej odczuwają wszystkie wstrząsy. Nie ujmuje jej to jednak tego, że jest naprawdę bardzo pojemna i praktyczna. Możemy sobie ją zagospodarować dokładnie tak, jak chcemy, mieszać różne marki czy wykończenia. Niedawnym nabytkiem jest nowy GlamBox stylizowany na sławne ZPalette i on jest już zdecydowanie lepiej wykonany, więc polecam z czystym sercem :) 






2. Największe rozczarowanie.


Czwórka MAC'a! Ale może od początku... Kiedyś miałam okazję wystąpić jako modelka na warsztatach makijażu. W ramach upominku dostałam cztery cienie MAC, możecie sobie więc wyobrazić, jak bardzo się cieszyłam. ;)  Niestety, zawód mój był przeogromny gdy okazało się, że moje nowe cienie są po prostu słabe. Jedynie matowy brąz jest czegoś wart.  Pozostałe perły niestety tak niemiłosiernie się sypią, że używanie ich jest prawdziwą katorgą. Do tego ich pigmentacja jest po prostu niezadowalająca.  Nie mam pojęcia, czy to tylko moje egzemplarze są felerne, czy wszystkie cienie MAC tak się zachowują, nie mniej jednak moje wywołały u mnie prawdziwy i dogłębny smuteczek. Nawet nie znajdziecie ich tutaj na zdjęciach, bo zakopałam je gdzieś daleko w otchłani moich niespełnionych marzeń.

Niedawnym rozczarowaniem jest paletka Sleek - Ultra Mattes Darks. Kiedyś ją kochałam, serio. To była moja pierwsza paleta, to na niej uczyłam się pracy z cieniami, a dziś.. no klnę na nią siarczyście jak tylko mam z nią coś zdziałać. Cienie łączą się w jedną, wielką, buroszarą breję, a pigmentacja jest niewystarczająca. Chyba po prostu rozpieściłam się lepszymi cieniami i już zupełnie nie potrafię pracować z tą paletą.


3. Najczęściej używane cienie.

Sama obecnie bardzo rzadko maluję się cieniami (jeśli już decyduję się na jakiekolwiek cieniowanie oka, przeważnie nakładam po prostu brązer i rozświetlacz), ale na większe wyjścia zdecydowanie najbardziej lubię Cocoa Blend od Zoevy. Kocham niemal wszystkie kolory miłością wieczną, idealnie komponują się z moją tęczówką i można nią wyczarować naprawdę ogrom makijaży! 

Cienie, których najczęściej używam na innych to chyba Naturally Yours także z Zoevy. Ma kilka ładnych, bezpiecznych kolorków i ciekawe akcenty, spokojnie można stworzyć nią wiele kompletnych makijaży. 






4. Najmniej używane cienie.

Tutaj nie mam wątpliwości: kolorowe wkłady w mojej magnetycznej palecie oraz kolorowa paleta Make Up Revolution, którą wygrałam wieki temu i której już nawet nie wożę w kufrze. Tego typu kolory zdarzało mi się wykorzystywać jedynie na potrzeby sesji zdjęciowych, a to i tak rzadko. Najwyższa pora się chyba przemóc i stworzyć jakiś kolorowy, papuzi makijaż! :)

Jeśli chodzi o te bardziej przyziemne kolory, zdecydowanie najrzadziej sięgam po En Taupe Zoevy. Nie jest to zła paleta, ale mimo wszystko dla mnie jest niekompletna. Nie lubię jej używać na sobie, bo to zupełnie nie ta tonacja, którą lubię, na innych zaś... no nie wiem, po prostu bez tej palety byłabym tak samo szczęśliwa jak i z nią. Nie zmienia to jednak faktu, że paleta sama w sobie jest bardzo ciekawa.






5. Najlepiej napigmentowane:

Bardzo trudno mi stwierdzić jednoznacznie które cienie z mojej kolekcji mają najsilniejszy pigment. Do tego grona na pewno mogę zaliczyć GlamShadows z edycji limitowanej (zwłaszcza dwa matowe fiolety), cienie z Cocoa Blend i Naturally Yours, choć nie wszystkie. Wkłady Inglota i Kobo także potrafią stworzyć bardzo nasyconą plamę koloru, więc chyba po prostu nie wskażę żadnego faworyta. ;)

6. Najbardziej uniwersalne:

Mam kilka wkładów Kobo i Inglota, które pasują dosłownie każdemu i na każdą okazję. Paleta Morphe 35o chyba jednak pod tym względem wygrywa - mimo, iż na pierwszy rzut oka wydaje się typowo ciepła, znajdziemy tutaj także chłodne odcienie brązu i popielu, dzięki czemu zadowolimy naprawdę wiele typów urody. 






7. Najlepsza na podróż

Na podróż nigdy nie zabieram dużych palet.  Zajmują sporo miejsca, poza tym i tak wiem, że nie wykorzystam nawet 1/3 odcieni. Najczęściej, gdy jadę gdzieś i wiem, że w międzyczasie będę chciała wykonać efektowny makijaż zabieram małego GlamBoxa. Cienie są dobrane tak, że z ich pomocą stworzymy zarówno dzienny, jak i wieczorowy makijaż, a paletka ma bardzo wygodny, kompaktowy format. :) 


8. Najlepsze nazwy cieni:

Gdybym brała pod uwagę wszystkie cienie, jakie kiedykolwiek miałam w ręce - bez wątpienia TheBalm! Wszystkie ich nazwy są genialne, do tego znakomicie komponują się z pin-up'owymi opakowaniami. Moja paleta Meet Matt(e) Trimony także miała sympatyczne nazwy, ale jaki był jej finał... wiecie same. ;) A jeśli nie kojarzycie, odsyłam Was do tego posta -> klik. Nawiasem, mam nadzieję że każdy zna piosenkę o Marry Lou?




Z polskich marek za to zdecydowanie wyróżnia się Hania ze swoimi GlamShadows. Co prawda niektóre nazwy są może ciut nazbyt infantylne (kosmiczna pieczarka z pierwszej kolekcji chyba wiedzie prym w tej kwestii :D). Większość jest jednak naprawdę pomysłowa: Cytrynowa Mgła, Jaś Fasola, Coca-Cola, Pantofelek, Nudziara, Rabarbar - i nie trzeba sobie łamać języka żadnym ingliszem. ;) 


9. Ukochana paleta:

Cocoa Blend. Bez wątpienia! Opiewałam ją Wam już tutaj: klik. Mam nienaturalne zboczenie do ciepłych kolorów, ta paleta jest więc spełnieniem moich marzeń. Jeśli dodamy do tego jakość i pigmentację... Cóż, nic więcej pisać nie trzeba. :) Na drugim miejscu postawiłabym razem GlamBoxa oraz Morphe 35o, jednak gdybym miała zatrzymać tylko jedną, jedyną... mimo tego, że Morphe ma zdecydowanie więcej cieni, a GlamBox jest poręczniejszy, jednak zostałabym przy Cocoa. <3





Nie oznaczam nikogo konkretnego, ale wszystkich chętnych zapraszam do zabawy! Chętnie zobaczę Wasze odpowiedzi na te pytania,  koniecznie zostawcie mi więc linki.  :)  Dajcie też znać, czy podobał Wam się taki post i czy macie ochotę na więcej o podobnej tematyce. Koniecznie wspomnijcie też, czy wśród moich cieni upatrzyłyście coś dla siebie!
Ściskam i do jak najszybszego następnego!

wtorek, 10 stycznia 2017

Yoskine Tsubaki Slim Body - okiem młodej mamy






Odkąd pamiętam nienawidzę się balsamować. Nie lubię, kiedy moje ciało jest klejące i nawet używanie leciutkich kremów doprowadza mnie do szewskiej pasji. Po balsam sięgam tylko wtedy, kiedy sytuacja naprawdę tego wymaga, a na co dzień preferuję po prostu używanie delikatnych, niewysuszających żeli pod prysznic. Na moje szczęście, cała moja skóra poza twarzą jest na tyle niewymagająca, że dzielnie znosi moje zaniedbania. ;) Właśnie dlatego po otrzymaniu produktów firmy Yoskine do testów bez wahania oddałam je komuś, kto balsamy zużywa jak wodę. Obietnice producenta są bardzo górnolotne, sama byłam ciekawa, czy dwa kremy faktycznie mogą cokolwiek pomóc w kwestii ujędrniania i modelowania sylwetki. Poznajmy więc opinię Dominiki! :) 

Bohaterami dzisiejszej recenzji są: Yoskine - Tsubaki Slim Body: Koncentrat z kwasem glikolowym, zabieg wyszczuplająco-wygładzający(klik) oraz Serum Shiastu ujędrniające do ciała i biustu(klik)

Serum Shiastu ma przyjmną, lekką konsystencję i delikatny zapach. Największym plusem jest to, że nie pozostawia klejącej się warstwy, dzięki czemu po porannym prysznicu można od razu wskoczyć w spodnie. Odczulwanie nawilżało, a dzięki kremowej konsytencji przyjemnie rozprowadzało po ciele.

Koncentrat glikolowy przeznaczony do stosowania na noc ma podobny zapach i zdecydowanie cięższą, bogatszą konsystencję. W efekcie pozostawia na skórze lepki film, co raczej nie przeszkadza mi przy stosowaniu go zgodnie z zaleceniami producenta. Zapach jest podobny do poprzednika, a więc naprawdę przyjemny. 
Niestety, produkty te używane naprawdę sumiennie nie wpłynęły w żaden sposób na wygląd mojego ciała poza nawilżaniem. Górnolotne obietnice producenta ograniczyły się do tego, co robi każdy porządny balsam, a więc nawilżania, lekkiego napinania i łagodzenia. 

Zdjęcia zrobiłam w domowym studio fotograficznym Dominiki. Jej prace możecie oglądać m.in na blogu www.photo-dreams.pl :) 





A Wy, macie doświadczenie z preparatami tego typu? Koniecznie podzielicie się swoimi wrażeniami, bo może jednak jest coś, co będzie w stanie przekonać mnie do systematycznego kremowania swojego ciała :D  

piątek, 30 grudnia 2016

Jak minął 2016 rok?



Kolejny rok już dobiega końca, a ja zupełnie, ale to zupełnie nie ogarniam, kiedy i jak to się stało. Postanowiłam więc także i w tym roku zebrać garść wspomnień i zdjęć z minionych miesięcy :) 





1. Postanowiłam, że chcę robić to, co kocham. I tak zaczęłam malować już nie tylko siebie. ;) Co prawda póki co nie mogę nazwać tego "utrzymywaniem się z pasji", ale sam fakt tego, że inne kobiety są w stanie mi zaufać jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Przez prawie cały 2016 rok latałam po najróżniejszych sesjach, malowałam Panny Młode, dziewczyny na studniówki, na chrzciny, na wesela, do nagrań... i mam nadzieję, że dane mi będzie wciąż się rozwijać w tym temacie. :)

2. Rzuciłam pierwsze studia, bo uznałam, że nie wytrzymam psychicznie będąc na kierunku... sama. Po pierwszej sesji zostałyśmy we dwójkę, przy czym koleżanka nie chciała kontynuować od kolejnego roku tego kierunku. Myślę, że więcej tłumaczyć nie trzeba. :D Bardzo żałuję, że tak to wyszło, ale cóż - widocznie tak musiało być. Przeniesienie się na inny kierunek w obrębie wydziału bez straty roku kosztowałby mnie nieprawdopodobnie dużo nauki, stresu i zaliczeń, uznałam więc, że wolę zacząć od nowa. 

3. Rozpoczęłam kolejne - kosmetologię. Wygląda na to, że tutaj nie będzie problemu z niedoborem osób, chociaż tyle mojego szczęścia. ;) 






4. Byłam na Meet Beauty, gdzie poznałam wiele wspaniałych kobietek! Wyprawa do Warszawy (z przystankiem w Łodzi) było naprawdę fajnym przeżyciem. :) Te z Was, z którymi zdążyłam się przywitać, pomachać Wam albo się uścisnąć - gorąco pozdrawiam! :) 

5. Zwiedziliśmy z Kochanym Włochy, co było naprawdę niezapomnianą przygodą. Spędziliśmy tam 8 dni nie płacąc za ani jeden nocleg. Dwa plecaki, malutki namiot, folia życia i dużo szczęścia w łapaniu stopa - właśnie tyle potrzeba, aby zobaczyć praktycznie całe Włochy Północe za półdarmo. ;) Zwiedziliśmy tyle przepięknych miejsc i poznaliśmy mnóstwo wspaniałych ludzi, ale niestety jedyne zdjęcia jakie nam zostały to te w nowych dokumentach. W przeddzień wylotu, w samym środku Mediolanu zostaliśmy okradzeni z aparatu, dokumentów i absolutnie wszystkich pieniędzy. :D 





6. Po za tym kompletnie nie pamiętam wakacji, w większości spędziłam je w pracy, siedząc po 12 godzin 5-6 dni w tygodniu na tyłku i oglądając seriale. Z perspektywy czasu żałuję, że nie potrafiłam się zająć wtedy niczym bardziej produktywnym, choć patrząc na to z drugiej strony - niewiele zrobić bym była w stanie.

7. Po raz kolejny się przeprowadziłam, ale z roku na rok zaczyna się to robić coraz trudniejsze. Nie mam pojęcia, skąd biorą się te wszystkie pudła i kartony, i to w dodatku wypchane po brzegi. o.O 

8. Zupełnie nie potrafiłam znaleźć czasu dla bloga, ale z tego tłumaczyłam się Wam już wielokrotnie. :/ Obecnie najbardziej doskwiera mi brak aparatu (został zwinięty w Mediolanie). Bardzo boli mnie wstawianie postów z kiepskimi zdjęciami z telefonu, ale niestety, taki stan rzeczy będzie się musiał utrzymać jeszcze przez jakiś czas. 





9. Chyba trochę za wiele od siebie wymagałam, bo często sama pod sobą kopałam takie dołki, z których potem przez tydzień nie mogłam się wygrzebać. Mam nadzieję, że w ciągu kolejnych miesięcy ukrócę sobie te autodestrukcyjne zapędy. 

10. Do reszty się zaniedbałam i to muszę sobie szczerze przyznać. Obecnie od dwóch miesięcy wybieram się do co najmniej trzech lekarzy i wciąż nawet nie wybrałam numeru do przychodni, często zdarzało mi się jeść w biegu byle co i byle jak. Moja cera woła o porządną kuracje nawilżająco-złuszczającą, włosy sterczą każdy w inną stronę. Codziennie rano wciągam bezmyślnie pierwsze lepsze ubrania, które wpadną mi w ręce, wychodzę nieumalowana, nieogarnięta, często bez śniadania i tak od od kilku ładnych miesięcy. Nie brzmi to dobrze i pora wreszcie wziąć się w garść. 


W tym roku wypadło nieco mniej optymistycznie niż w poprzednim, ale mam nadzieję, że nadchodzący 2017 rok będzie dużo lepszy. :) Co prawda jakoś nie przepadam za nieparzystymi liczbami, ale może akurat ta siódemka na końcu okaże się szczęśliwa? :) 





A Wy, jak spędziliście miniony rok? Koniecznie zostawcie linki do swoich wpisów, jeśli takowe poczyniliście! :) Z tego miejsca chciałam Wam też życzyć mnóstwo zdrowia, realizacji planów i samych pięknych chwil w nadchodzącym roku! <3 

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Manicure hybrydowy z firmą Neess - Primer, Baza, Top, Karmelowa tęsknota i efekt szronu





Manicure hybrydowy towarzyszy mi nieprzerwanie już ponad rok. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez hybryd i naprawdę nie wiem, jak mogłam bez nich żyć. :D Moje bardzo cienkie i łamliwe z natury paznokcie dopiero dzięki nim mogą wyglądać naprawdę dobrze.

Ostatnio dostałam do przetestowania zestaw od firmy Neess - stosunkowo nowej na paznokciowym rynku. Oczywiście niezwłocznie zabrałam się do pracy. :) Paznokcie musiałam mocno skrócić, bo podczas gry w siatkówkę kilka boleśnie połamało mi się przy samym opuszku. Nie chciałam ich przedłużać, aby dać szansę wykazać się w pełni przedstawionym dziś produktom. Pokrótce opiszę Wam każdy po kolei i wytłumaczę, jak uzyskać zimowy efekt szronu! :)






Primer bezkwasowy - produkt, który ma przygotować naturalną płytkę na położenie żelu lub hybrydy, przy czym nie każda baza hybrydowa wymaga jego aplikacji. W ramach testów na ręce lewej użyłam primera, na prawej nie. Nie zauważyłam różnicy w utrzymywaniu się manicure ani w komforcie jego aplikacji, ale może nie jestem wyczulona na tak subtelne różnice ;) 

Baza - pierwsze zaskoczenie - wow, co za malutki, króciutki pędzelek! Nie wiem, czy tylko mój egzemplarz taki ma (pozostałe produkty mają już pędzelek z długim włosiem), ale jego specyficzny kształt bardzo pomaga przy pracy blisko skórek i żałuję, że pozostałe buteleczki nie są w taki wyposażone. Baza dobrze rozprowadziła się po paznokciu. Nie jest zbyt rzadka, nie miałam więc problemów z jej spływaniem, nawet na kciuku, którego utwardzałam wraz z resztą palców. 

Lakier kolorowy - Karmelowa tęsknota - to piękny, neutralny odcień beżu. Bardzo elegancki i nienachalny, ale to możecie ocenić sami po zdjęciach. ;) Jeśli chodzi o właściwości lakieru, to krył on pięknie przy drugiej warstwie, nie sprawiał także kłopotów przy aplikacji. Problemem natomiast było to, że.. jakby nie utwardził mi się do końca. Nie wiem jeszcze, czy to wina lampy czy lakieru (kolory innych firm nie robiły mi dotychczas takich psikusów) ale w momencie, w którym chciałam przemyć utwardzony kolor cleanerem, zmyłam praktycznie całą nałożoną wcześniej warstwę. Przy kolejnej próbie potrzymałam dłoń dłużej w lampie i było już w porządku. Na szczęście zamieniłam już starą tunelówkę na nową lampę ledową, więc na pewno dam Wam znać, jak sprawa będzie wyglądała z urządzeniem o większej mocy. :) 

Top -  również rozprowadza się bez przeszkód i na szczęście utwardza się do końca po dwóch minutach w 36 watowej tunelówce. Pozostawia warstwę dyspresyjną, wymaga więc przemycia na końcu cleanerem. Wydaje mi się, że pozostawia nieco mniej błyszczące wykończenie niż konkurencyjne marki, ale nie ustępuje im pod względem trwałości. 

Wspólną cechą wszystkich produktów jest bardzo intensywny zapach, który mnie kojarzy się z waniliowym aromatem do ciasta. Niestety, w moim odczuciu nie przemawia to na plus, zapach jest po prostu duszący.






W zestawie, który otrzymałam znalazłam także dwa pyłki. Jako miłośniczka błysku wszelakiego nie mogłam nie wykorzystać subtelnego efektu syrenki. Zasadniczo możemy używać go na dwa sposoby: wetrzeć go w warstwę dyspresyjną koloru lub posypać nim obficie nieutwardzony lakier bądź top i dopiero w takiej postaci włożyć do lampy. Aplikując pyłek w pierwszy sposób zyskujemy jednolitą taflę mieniącą się na różne kolory. Aplikując na nieutwardzony kolor mamy efekt szronu w kolorze lakieru, opalizujący tak jak oryginalna syrenka, a po aplikacji na nieutwardzony top kolor samego szronu jest mniej intensywny. Do mojego zimowego mani w stonowanych barwach wybrałam sposób aplikacji na nieutwardzony kolor. Takiego paznokcia nie pokrywamy już topem. 


Jak dotychczas moje pierwsze spotkanie z marką Neess zaliczam do umiarkowanie udanych. Piękny kolor, dobra baza i top, komfortowe w pracy konsystencje, dobra trwałość, ale i męczący zapach oraz problem z utwardzeniem. Byłabym skłonna od razu posądzić o to moją starą lampę, ale tego samego dnia utwardzałam inne, bardziej napigmentowane kolory i było wszystko w porządku. Wkrótce pojawi się drugi post z kolejną propozycją mani z tymi produktami, wtedy na pewno wspomnę co i jak z nową lampą. ;)





Macie ochotę na tutoriale krok po kroku z prostymi zdobieniami przy okazji kolejnego posta? :) I jak Wam się podoba takie zimowe, bardzo stonowane mani? Dajcie też koniecznie znać, czy mieliście już styczność z hybrydami od Neess!

Cały asortyment, wszystkie pyłki i akcesoria firmy Neess znajdziecie w ich sklepie online: neess.pl. Paletę kolorów można obejrzeć tutaj: klik.

Ściskam i do następnego!

czwartek, 1 grudnia 2016

Czy Twoja cera wie, ile ma lat? || Perfecta Fenomen C 30+


W wielu drogeriach półki z kosmetykami do pielęgnacji twarzy oznaczone są kolorowymi podziałkami z cyferkami - 20+ 30+ itd. Wskazują one, którymi produktami powinny zainteresować się Panie w danym wieku. Czy taki podział ma sens? Czy należy się nim sugerować? 

Ile masz lat? A na ile się czujesz? Często otrzymamy na te dwa pytania zupełnie inne odpowiedzi, prawda? :) Tak samo jest z naszą cerą. Wewnątrz możemy być szalonymi piętnastkami, nie oznacza to jednak, że nasza skóra także czuje się tak pięknie i młodo. Nieraz widziałam Panie około 40 z o wiele bardziej zadbaną skórą od mojej, widywałam też trzydziestolatki z takimi zmarszczkami, jakich nie widać jeszcze u niejednej babci. Jaki z tego wniosek? Starzejemy się w różnym tempie, toteż nie ma co się obrażać na dermokonsultantkę, jeśli ta zaproponuje nam krem dla cery starszej niż nasza metryka.


Dlaczego się starzejemy i co przyśpiesza ten proces?


Za cykl życiowy każdej żywej komórki, a więc i za fakt starzenia się odpowiada jeden niesamowity mechanizm - DNA. Przykra sprawa jest taka, że nie da się go oszukać, bo przecież nie jesteśmy w stanie zmienić genomu każdej komórki budującej naszą skórę. ;) Starzejemy się, bo tak chciała matka natura, bo jest to sensowne i przydatne młodszym pokoleniom. Inna kwestia to to, jak szybko się starzejemy - i na to mamy ogromny wpływ poprzez nasze nawyki i środowisko w jakim żyjemy. Skóra starzejąca się traci zdolność do wiązania wody, a co za tym idzie - wiotczeje, staje się cienka, często pojawiają się brunatne przebarwienia. Czynniki, które przyśpieszają ten proces to m.in:
  • promienie jonizujące (emitują je np. komputery i telefony!)
  • nadmierna ekspozycja na promienie UV - częste przebywanie na słońcu i w solarium
  • palenie tytoniu, życie w zanieczyszczonym środowisku
  • zła dieta, nieprawidłowa pielęgnacja




Kosmetyki dla kobiet dojrzałych zawierają więc składniki, które mają na celu naprawić to, co jeszcze się naprawić da oraz zapobiec dalszym uszkodzeniom skóry. Często są to dokładnie te same składniki, które znajdziemy w kremach dla młodszych cer, tyle że w większym stężeniu. I wiecie co? Skóra wcale się na Was nie obrazi, jeśli nałożycie na nią krem dedykowany dla osób w wieku Waszej mamy. Ona nie umie czytać etykietek i jest niewrażliwa na marketing, jest za to na tyle mądra, że pobierze sobie dokładnie tyle substancji, ile w danej chwili potrzebuje. Nie da się przenawilżyć cery (na pewno nie drogeryjnymi produktami, bo kosmetyki profesjonalne to inna broszka), nie zaszkodzimy jej też używając kremów z przeciwutleniaczami, witaminą A, E, hydroksykwasami czy kwasem hialuronowym, bo właśnie to są najpopularniejsze składniki preparatów dla cer dojrzałych. Po prostu od wielu lat ktoś wmawiał nam, że mając 29 lat powinnyśmy używać kremu z etykietką 20+, a po przekroczeniu magicznej bariery z dnia na dzień zmienić go na 30+, żeby przypadkiem się nie "postarzeć" kosmetykiem niedopasowanym do naszej cery.

Nie zachęcam w tym momencie do kupowania tylko i wyłącznie kremów do cer starszych, ale do myślenia i podejmowania świadomych decyzji. Zanim kupisz krem zastanów się, czego tak naprawdę potrzebuje Twoja cera? Jest sucha i cienka w dotyku jak papier, mimo młodego wieku tworzą Ci się już pierwsze pajączki pod oczami a naczynka są płytko położone i widoczne? A może jest grubsza, lubi się przetłuszczać, a przykre niespodzianki nie opuściły Cię wraz z końcem okresu dojrzewania? Wybierz taki krem, który ma szanse pomóc na Twoje problemy, a niekoniecznie taki, który pokrywa się z Twoim wiekiem. :)





Jako że moja cera jest cienka, wrażliwa, z tendencją do wysuszeń i przebarwień, bez wahania sięgnęłam po serię Perfecta 30+. Składa się ona z serum - booster oraz kremu na dzień i na noc. 

Booster Wyrównanie kolorytu, nawilżenie, odżywienie


Nazwa brzmi zachęcająco no i pokrywa się z moimi potrzebami. Kosmetyk ma lejącą się, pomarańczowozółtą konsystencję, a po wmasowaniu w skórę pozostawia na niej lekki film. Z tego względu fajnie nadaje się jako lekka baza pod makijaż dla osób nieprzyzwyczajonych do tłustych kremów. Generalnie produkt ten na pewno sprawdzi się dla Pań nielubiących uczucia mokrej, nakremowanej skóry. W moim wypadku prócz nawilżenia nie zauważyłam większych korzyści. Ze składu chętnie też wywaliłabym kilka rzeczy, ale w ostatecznym rozrachunku jak na drogeryjne, stosunkowo tanie serum kosmetyk ma się czym pochwalić. 


Aqua, Lecithin, Sorbitol, Ascorbyl Glucoside, Panthenol, Glucose, Trilaureth-4 Phosphate, Glycerin, Dicaprylyl Ether, Sodium Acrylates Copolymer, Lecithin, Dimethicone, Isohexadecane, Ascorbyl Tetraisopalmitate, Alcohol, Terminalia Ferdinandiana Fruit Extract, Ethylhexyl Cocoate, Dimethiconol, Tocopherol, Glycine Soja Oil, Retinol, Dimethylmethoxy Chromanol, Sodium Hyaluronate, Phenoxyethanol, Hydroxyacetophenone, Octadecyl Di-T-Butyl-4-Hydroxyhydrocinnamate, Alpha-Isomethyl Ionone, Hexyl Cinnamal, Limonene, Citronellol, Linalool, Butylphenyl Methylpropional, Geraniol, Benzyl Salicylate, Hydroxycitronellal, Parfum, CI 16035, CI 15985.


Kosmetyku na pewno nie poleciłabym osobom o cerze z tendencją do zapychania. 



Krem na dzień i na noc - Energia i detox, głębokie nawilżenie 


Krem sprawdził się u mnie zdecydowanie gorzej od boostera. Jakoś tak nie bardzo widzę w nim sens. Filtr 6 - ok, w trakcie dnia nic nie pomoże, w nocy tym bardziej. Niby nawilża, ale nie jakoś spektakularnie, bardziej pokrywa skórę filmem. Pod makijaż się sprawdza, ale wolę już użyć samego serum. Skład też już zdecydowanie mniej mi się podoba.

Aqua, Glycerin, Cyclopentasiloxane, Polysilicone-11, Butylene Glycol, Dimethicone, Decyl Glucoside, C12-15 Alkyl Benzoate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Octocrylene, Phospholipids, Sodium Acrylates Copolymer, Lecithin, Ascorbyl Tetraisopalmitate, Sorbitol, Ascorbyl Glucoside, Panthenol, Glucose, Trilaureth-4 Phosphate, Alcohol, Terminalia Ferdinandiana Fruit Extract, Sodium Hyaluronate, Hydroxyacetophenone, Phenoxyethanol, Octadecyl Di-T-Butyl-4-Hydroxyhydrocinnamate, Alpha-Isomethyl Ionone, Hexyl Cinnamal, Limonene, Citronellol, Linalool, Butylphenyl Methylpropional, Geraniol, Benzyl Salicylate, Hydroxycitronellal, Parfum.

Znów krem ten zdecydowanie nie nadaje się dla cery tłustej i mieszanej, a przecież nawet Panie w wieku 30+ taką miewają.




Morał z dzisiaj mamy taki, żeby wybierać świadomie. Cyferki są tylko cyferkami i nie zawsze mają odzwierciedlenie w rzeczywistości. Kupując krem szukajmy jego składu i opinii na jego temat, starając się przy tym dopasować go do naszych potrzeb a nie wieku. 

A Wy, obraziłybyście się, gdyby ktoś chciał Wam sprzedać krem do cery starszej? Zdarza Wam się kupować takie kosmetyki? :)

Trzymajcie za mnie kciuki na jutrzejszej anatomii! Miałam się cały dzień uczyć, to sobie przypomniałam, że przecież postu dawno nie było. Na pewno znacie to z autopsji, prawda? :D 

poniedziałek, 14 listopada 2016

Maybelline Fit Me - Podkład i korektor. || Cudo zza oceanu?





Kto śledzi zagranicznego youtube'a, ten na pewno słyszał o serii Fit Me Maybelline. Zwłaszcza korektor zachwalany jest przez m.in Jasmine Hand, Jaclyn Hill czy KathleenLights. Przez te wszystkie lata jednak na próżno można było ich szukać w polskich drogeriach...

Aż w końcu nastał ten dzień, kiedy korektory, podkłady i pudry tej marki dumnie stanęły na specjalnych szafeczkach w Rossmannie, opatrzone złowieszczym napisem "Edycja limitowana". A było to tuż przed sławetnymi wyprzedażami, musicie więc sobie wyobrazić, jak bardzo skoczyło mi ciśnienie na ich widok. Nietrudno się domyślić, że podczas przeceny -49% bez większego zastanowienia wrzuciłam je do koszyka, płacąc za oba produkty nieco ponad 60 złotych. 






Wybór kolorów był już mocno ubogi, zdecydowałam się więc na zestaw w średnim odcieniu. Co prawda zarówno korektor jak i podkład jest dla mnie dużo za ciemny, stwierdziłam jednak, że zawsze mogę je rozjaśnić mixerem z Nyxa. Na ręku widzicie porównanie do dwóch popularnych kolorów łatwiej dostępnych marek - podkładu Bourjois Healthy Mix nr 51 oraz korektora Loreal True Match nr 01. 

Kolorystyka Maybelline jest bardzo trafiona - to taki naturalnie wyglądający, opalony odcień beżu, niewpadający zbyt mocno ani w żółte, ani w różowe tony. Po dodaniu białego mixera otrzymuję idealnie dobrany odcień, który bardzo ładnie stapia się z moją cerą. 






Podkład jak i korektor na twarzy prezentują się naprawdę bardzo ładnie. Na mojej suchej cerze są bardzo komfortowe, dają uczucie nawilżenia, skóra wygląda promieniście. Podkład nie jest ani matujący ani wyjątkowo rozświetlający, po chwili minimalnie zastyga, ale nie daje uczucia ściągnięcia na twarzy. Jego trwałość także jest bardzo dobra - spokojnie wytrzymuje bez większego szwanku do wieczora. Trzeba jednak podkreślić, że tak reagować na niego będą osoby z cerą suchą i normalną - doszły mnie słuchy, że na mieszanej cerze waży się i zjeżdża po paru godzinach. 

Z tej dwójki zdecydowanie bardziej wolę podkład - on naprawdę jest godny uwagi, ale na pewno nie dla osób z dużymi problemami skórnymi. Ma średnie krycie, jest to taki typowy podkład na co dzień - nie przesusza, ładnie wygląda, wyrównuje koloryt, ale poważnych przebarwień nie przykryje. Korektor za to dla mnie jest nieco za mało kryjący - nie zawsze daje sobie radę z moimi zasinieniami, po prostu miewałam lepsze egzemplarze. 

Koniec końców, nie wydaję mi się, żeby był to aż taki hit, na jaki się nastawiałam. Może znów jest to kwestia tego, iż po prostu amerykańska wersja jest lepsza? Tak jest np. z podkładem Loreal True Match, zresztą wiele razy spotkałam się w sieci z porównaniami dokładnie tego samego kosmetyku zakupionego na rynku wschodnim i zachodnim - różnice są kolosalne. Może i w tym przypadku tak jest, a może po prostu miałam nadzieję na dużo więcej, niż mogłam otrzymać od drogeryjnego podkładu i korektora. ;) 





Muszę wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy... Podczas promocji za zestaw zapłaciłam niewiele ponad 60 zł. Cena regularna podkładu wtedy (początek października) wynosiła około 65 złotych, korektor ok. 62 złote. Jakież było moje zdziwienie, gdy dziś zobaczyłam dokładnie te same produkty w cenach regularnych 22 i 17 złotych. Rossmannie, nieładnie! 

Nie zmienia to jednak faktu, że z obu tych produktów chętnie korzystam na co dzień i dobrze mi się sprawują. Używam ich zamiennie z Healthy Mixem oraz duetem od Dax, o którym pisałam niedawno tutaj - klik. Seria Fit Me jest więc naprawdę godną uwagi drogeryjną propozycją dla cer suchych i normalnych, ale... no właśnie, na mannę w buteleczce nie liczmy. 

A Wy, próbowaliście tej osławionej serii Maybelline? Koniecznie dajcie znać, jakie macie wrażenia! 

wtorek, 8 listopada 2016

Trafiłam na podróbkę theBalm w znanej drogerii internetowej?!



Długo zastanawiałam się, czy publikować ten wpis. Nie chcę nikogo oczerniać, a tym bardziej publikować niepotwierdzonych informacji. Doszłam w końcu do wniosku, że... po to przecież założyłam bloga. Aby dzielić się doświadczeniami, wiedzą i wrażeniami na temat kosmetyków. A wrażeń w tym przypadku to ja miałam naprawdę mnóstwo. 





To był kolejny taki sam dzień w beznadziejnie nudnej pracy, w której płacili mi głownie za przeglądanie facebooka. Wtem nagle dostaję wiadomość od koleżanki (która zresztą właśnie wystartowała z blogowaniem i potrzebuje Waszego wsparcia! Pomożecie? :) -> klik): "Hej, Aga, na ekobiecej jest przecena na theBalm!". No padłam. Dalszych zachęt już nie potrzebowałam. Tak się akurat składało, że od długich miesięcy chorowałam na przepiękną paletę Meet Matt(e) Trimony. To idealne połączenie ciepłych, bazowych brązów z ciekawymi akcentami, idealna do makijaży ślubnych i okazjonalnych. Moje małe chciejstwo i miłość od pierwszego wejrzenia. 

Nietrudno więc przewidzieć co było dalej. Jak tylko wparowałam do domu natychmiast wrzuciłam ją do koszyka, opłaciłam i od razu tuptałam ze zniecierpliwieniem nóżkami chcąc mieć ją już teraz i natychmiast. Moje małe rozczarowanie przyszło do mnie po trzech dniach. 





Wizualnie paletce absolutnie nic nie brakowało. Była niebieściutka, równiutka i pachnącą nowością, z portretem czarującego mężczyzny na przedzie. Jej zawartość pozostawiała jednakowoż wiele do życzenia... Większość cieni była po prostu skamieniała. Nabierając produkt pędzlem nie zostawało na nim praktycznie nic, nawet przy aplikacji palcem niewiele koloru przenosiło się na powiekę. Cienie, które nie były aż tak twarde również odbiegały od jakości, do której przyzwyczaiło nas theBalm. Były suche, słabo napigmentowane, a po blendowaniu łączyły się w jedną wielką miazgę bez określonego koloru. 

Pomyślałam - dobra. Może po prostu poleciałam na Matta na opakowaniu a nie cienie same w sobie i po prostu ta paletka taka jest. Oglądnęłam wtedy chyba wszystkie (!) tutoriale na youtubie z użyciem tej paletki. Po czesku, niemiecku, hiszpańsku, angielsku i w innych językach, których nawet nie potrafiłam nazwać. Słuchałam, jak pięknie aplikują się na powićki, że są muy buena, sehr gut i the best. Nikt, absolutnie nikt na tym świecie nawet nie bąknął o tym, żeby ta paleta w jakikolwiek sposób odstawała jakością od innych produktów amerykańskiej marki. Mało tego - moja paleta miała oznaczenia seryjne, które nie pasowały do systemu, wedle którego teoretycznie theBalm znakuje swoje produkty. Pasowały za to do tych, które znalazłam w feedbackach na alieExpress.



Moja paletka -> Paletka z alie -> Teoretyczne oznaczenia theBalm. (Można powiększyć) Potem okazało się jednak, że dziewczyny z wizażowych grup na fb które kupowały w Douglasie również mają oznaczenia niepasujące do ukazanego schematu, więc najwidoczniej nie można na nim polegać w 100%.

Wtedy też postanowiłam wziąć sprawę w swoje ręce. Napisałam maila do drogerii, w której ją zamówiłam. Mail poszedł także bezpośrednio do producenta a także do amerykańskiego i polskiego fanpage marki na facebooku. Zgadnijcie, kto jako jedyny nie odpisał - tak, polski profil na fb. :D 

Chciałabym uniknąć tutaj przytaczania długiej konwersacji z drogerią. Stanęło jednak na tym, że po przesłaniu zdjęć i filmu dostałam adres na który paletę mogłam w ramach reklamacji odesłać. Z odległej Ameryki przyszła mi za to wiadomość mówiąca, iż ekobieca nie jest oficjalnym dystrybutorem theBalm, więc producent nie może potwierdzić ani zanegować oryginalności etj palety. Na wynik reklamacji czekałam miesiąc. Odpowiedź była iście lakoniczna - "Dystrybutor u którego się zaopatrujemy uznał reklamację ale nie podał jej przyczyny. Prosimy o numer konta bankowego". 





Gorsza partia czy faktycznie podróbka? Nie wiem i pewnie już się nie dowiem, wiem za to, że na theBalm internetowo pewnie już się nie skuszę. Wolałabym dołożyć te 30 złotych więcej i kupić ją w Douglasie. Nie chcę jednak do niczego zniechęcać czy przestrzegać. Wiem, że jest grono osób, które kupiło tę paletkę w tej czy innej drogerii online i absolutnie nie narzeka na jej jakość.

Koniecznie dajcie znać, czy i Wam przytrafiła się kiedyś podobna sytuacja podczas zakupów online! 


sobota, 5 listopada 2016

Cashmere - Fluid z bazą i korektor rozświetlający - duet idealny?




Już jakiś czas temu pokazywałam Wam zestawienie tanich podkładów, które miałam okazje przetestować - klik. Pokazałam Wam wtedy jednego z bohaterów dzisiejszego wpisu, ale nie wyraziłam o nim żadnej konkretnej opinii. Produkt jednak tak mnie zaintrygował, że z powodzeniem używałam go przez całe lato, co zresztą widać po buteleczce. :) 

Świadczyć to może tylko o jednym - naprawdę go polubiłam. Mimo całkiem pokaźnej kolekcji naprawdę dobrych podkładów jaką posiadam - Revlon Colorstay i Nearly Naked, Estee Lauder Double Wear, Bourjois Healthy Mix, Inglot HD i sporoo innych - to właśnie po ten niepozorny fluid od Daxa wciąż sięgam bardzo chętnie. Dlaczego? 

Podkład ma bardzo przyjemną, gęstą  konsystencję, ale jednocześnie pięknie stapia się z cerą. To rzadkość wśród takiej formuły. Pod palcami wydaje się bardzo podobny do Inglota HD - silikonowy, śliski, treściwy - jednak na skórze wygląda o wiele lżej. Łączy się z nią tak, że pozostaje niemal niezauważalny. Ostatnio lokatorka o suchej cerze szukała podkładu dla siebie - wystawiłam jej na szafkę praktycznie wszystkie, jakie posiadam i zgadnijcie, który najbardziej przypadł jej do gustu po długich testach. Nasz Dax i Healthy Mix. :) Właśnie ten kultowy podkład z Bourjois jest dobrym porównaniem dla Cashmere jeśli chodzi o efekt na skórze - delikatna, rozświetlona, bez efektu maski, przy czym Cashmere jest gęstszy, ciut bardziej kryjący. 






Niestety mój odcień, czyli 02 Nude już dawno przestał mi pasować, więc obecnie na co dzień ratuję się Mixerem w białym odcieniu z Nyxa. 

Niedawno przyszła do mnie pokaźna paczuszka z innymi produktami Dax. Wśród nich znalazłam drugiego bohatera dzisiejszego wpisu - korektor rozświetlający. Podeszłam do niego z dużą rezerwą. Spodziewałam się słabego krycia i tandetnych drobinek. Jakież było moje zaskoczenie, gdy nałożyłam go na twarz! Okazało się, że korektor - podobnie jak podkład - ma dość gęstą konsystencję jak na tego typu produkty, ładny, neutralny odcień i całkiem solidne krycie. Bez problemu podołał moim workom pod oczami i zaczerwieniu na policzkach. Co ważniejsze - nie powłaził w linie mimiczne i nie przesuszył cienkiej skóry pod oczami. Porównałabym go do korektora w tubce ze Smashboxa, którego także bardzo lubię. :)





Na zdjęciu mamy podkład zmieszany z mixerem oraz korektor, całość utrwalona pudrem RCMA. 

Kolejną zaletą naszych niepozornych produktów jest ich trwałość. Na mojej suchej (czyli niezbyt wymagającej pod tym względem) skórze spokojnie wytrzymują do wieczora. Ani podkład ani korektor nie zmienia koloru w ciągu dnia, a inne produkty do makijażu twarzy przyjemnie się po nich rozprowadzają. 

Komu polecam? Podkład polubią osoby z cerą podobną do mojej - suchą, odwodnioną, wrażliwą. To bardzo przyjemny fluid na dzień, który nie przesuszy cery, ładnie ją ujednolici i rozświetli. Nie polubią się z nim za to cery tłuste, będzie dla nich zbyt mokry. Korektor za to powinien sprawdzić się naprawdę wielu osobom. Z pewnością nie zakryje mocnych, ciemnych przebarwień pod oczami, ale spokojnie da sobie radę z rozjaśnieniem centralnej partii twarzy, co daje nam bardzo ładny element konturowania na mokro. :) Jak widać u mnie poradził sobie z niewielkimi workami, więc dla osób niemających z nimi większych problemów też powinien być w sam raz! :)




Wykończony makijaż z pomadką, którą mogliście podpatrzyć w poprzednim wpisie. :) 

Odkrywanie takich niepozornych perełek sprawia mi olbrzymią frajdę, a Wam? :) Znacie inne produkty, które zaskakują jakością, choć w drogerii zupełnie nie zwracają na siebie uwagi? 

Pozdrawiam i lecę na targi! <3 Mam nadzieję, że w tym roku podczas LNE trafię na kilka ładnych perełek. :)

Linkin